Skrócona i skondensowana historia marszu na orientację na Białej. Choć nie tak krótka, jak chciałem. Ale jeśli kogoś zainteresuje
i zachęci do pieszej turystyki, nie tylko w ramach InO...
Zdolności organizacyjne jakieś miałem zawsze. Chęci w sumie też. Wiedza też
była, a przynajmniej podstawy - zawsze lubiłem mapy i dawno temu zastanawiałem
się nad studiowaniem geodezji i kartografii, o czym chyba już kiedyś tutaj
wspomniałem. Lubiłem łazić po lesie, na krótkie i długie dystanse. Robiłem też
proste strony, ale dostępne obecnie narzędzia udostępniane choćby przez Google
i Facebook pozwalają sobie to odpuścić. Tylko zawsze jakoś czułem się jako
zastępca, pomocnik, czy człowiek numer dwa; taki lekki niedobór charyzmy, choć
nieraz udawało się sprawiać inne wrażenie. Ale przyszedł czas, że
chciałem się sprawdzić.
2005-2011: Czasy studenckie
Nieraz pomiędzy zajęciami czy konsultacjami mijałem na uczelni w łączniku
między Gmachem Głównym a Gmachem B gabloty studenckich organizacji,
między innymi AKK GDAKK czy FIFY, w których były zdjęcia z ich wypraw
w góry czy imprez na orientację. Ale jako introwertyk niechętnie
zapisywałem się do stowarzyszeń czy klubów; możnaby rzec, że ta niechęć była
wręcz patologiczna, gdyby nie to, że zdarzały się wyjątki. Pewnie ominęło mnie
przez to wiele ciekawych wypraw.
Zamiast tego praktykowałem samotne wędrówki. Wiele po terenach zabudowanych w
okolicach Wejherowa i Trójmiasta. Niedawno wprowadzony bilet metropolitalny z
ulgą studencką pozwalał dojechać na obrzeża cywilizacji i potem wędrować
(m. in. tak po raz pierwszy dotarłem na wieżę na Górze Donas).
Niejednokrotnie próbowałem dłuższych tras - jedną z pierwszych była
wędrówka z Gdyni Chyloni do Redy Pieleszewo, częściowo po trasach szlaków
turystycznych (czerwonego i czarnego), a częściowo własną trasą,
przy wykorzystaniu mapy turystycznej obejmującej Trójmiejski Park
Krajobrazowy.
Mapy to w ogóle osobna historia. Zbierałem je, ale nie byłem jakimś strasznie
zapalonym zbieraczem. Były to głównie mapy turystyczne czy plany miast, ale
też atlasy historyczne i ogólnogeograficzne. Także na komputerze miałem pewną
ilość map, które mnie zaciekawiły, od rozmaitych przedstawień Wysp Owczych po
zamówiony na Allegro trzypłytowy zestaw przedwojennych WIGowskich map Polski z
dodatkową wersją na GPS. Przez chwilę rozważałem związanie mojego zawodu
z geodezją i kartografią, co jednak ostatecznie się nie udało - ale
o tym prawie na pewno już tu kiedyś wspomniałem.
Dalszych podróży było niewiele. Głównie z okazji rekolekcji (młodzieżowa
wspólnota religijna była jednym z wspomnianych wyjątków od mojego
introwertyzmu) do miast w północnej i zachodniej Polsce. Ale było też parę
wyjazdów do Zakopanego z obecną małżonką, a wówczas dziewczyną
i narzeczoną. Niestety, niechętnie dawała się wyciągnąć w góry gdzieś
poza Morskie Oko, Dolinę Pięciu Stawów czy Dolinę Kościeliską. Kiedy z Doliny
Pięciu Stawów chciałem iść przez Zawrat, to nie dała rady
i wróciliśmy przez Dolinę Roztoki na parking autobusów przy wejściu do
Tatrzańskiego Parku Narodowego. Może to i lepiej, biorąc pod uwagę
nasze niewielkie doświadczenie i fakt, że przy innej okazji, zachęceni
wycieczką przez Jaskinię Mroźną postanowiliśmy wejść do Jaskini Mylnej bez jej
dokładnego planu. Wydaje mi się, że mogliśmy nawet nie mieć latarek...
Na studiach miałem też kolegę, który czasem przychodził w koszulce z
Harpagana. Nie pamiętam, czy pytałem go, co to, czy nie, albo czy
uznałem, że sto kilometrów to za dużo, ale tematu nie drążyłem. Do tej pory
zresztą nie czuję się gotowy na taki dystans.
2014: założenie bloga i pierwsze starty w InO
Poczułem potrzebę twórczego wyżycia się. W czasach licealnych
i studenckich próbowałem pisać opowiadania i wiersze. Świat w stylu
fantasy, który wtedy stworzyłem, do tej pory leży w szufladzie
(i w kilku folderach na twardym dysku) w postaci urywków
opowiadań, spisanych pomysłów, kroniki czy - jakżeby inaczej - licznych map.
Częściowo jego publikacji (ale też i recenzjom przeczytanych książek)
miał służyć mój pierwszy blog, ale raczej się nie udał. Gdzieś tam sobie w internecie wisi z trzema opublikowanymi notkami i kilkoma szkicami; jak sobie przypomnę, to tam zajrzę. Zamiast niego
postanowiłem założyć drugi, gdzie będę pisać o pieszych i rowerowych
wędrówkach. Tak powstały Leśne drogi - bo też i wtedy zabrakło pomysłu
na ciekawszą nazwę.
Pierwszy post opisywał moją wędrówkę niebieskim szlakiem z Pucka
do Pieleszewa.
Drugi zresztą też.
Latem tego roku gdzieś natrafiłem na ogłoszenie o marszu na Helu. Była to
chyba któraś z edycji Szperka. Myślałem o zgłoszeniu, namawiałem nawet
znajomych. Ale wyczytałem gdzieś w regulaminie, że mogą wystąpić zadania
wymagające sprawności fizycznej, a ja akurat chodziłem z ręką w gipsie z
powodu wypadku w pracy. Odpuściłem.
Czas na debiut przyszedł jesienią. Podczas któregoś ze zwykłych moich spacerów
po mieście zawędrowałem w okolice Kalwarii, gdzie grupki harcerzy (i chyba nie tylko) chodziły z mapami i szukały punktów. Podszedłem, zapytałem o możliwość
udziału, dostałem mapę i kartę startową, po czym ruszyłem w trasę na Chaszcze. Teraz, jak sobie to sprawdzam, to okazuje się, że nawet wygrałem wtedy w kategorii TP z 80 punktami karnymi na koncie. Niestety nie pamiętam już, za co. Jak przez
mgłę kojarzę tylko, że na którymś punkcie koło płotu stadionu zamiast
prawidłowego lampionu spisałem numer stojącego tuż obok słupka z perforatorem
(z Zielonego Punktu Kontrolnego). Ale czy zostało to policzone jako PS, PM czy w jakiś inny sposób, ani za co była reszta punktów karnych - to już sobie nie
przypomnę. Potem jeszcze przez dwa lata dostałem maile z informacjami o kolejnych edycjach, ale nie miałem możliwości w nich wystartować.
Chaszcze spodobały mi się na tyle, że zacząłem szukać dalszych informacji i możliwości startu. Jeszcze w grudniu tego roku wystartowałem w swoim pierwszym
nocnym InO - na Darżlubie w Kartuzach. Na trasie MT wziąłem dwa punkty
stowarzyszone na dwanaście punktów ogółem, co uznałem za dobry wynik jak na początkującego. Do tej pory został mi pewien sentyment do marszy SKPT, nawet jeśli od jakiegoś czasu nie brałem w nich udziału.
Dwa tygodnie później wystartowałem jeszcze na Zielonej trasie na Mikołajkowym
Kompasie. Tam też trasa była ciekawa, choć łatwiejsza, niż się spodziewałem.
2015-2020: rosnące doświadczenie i pierwsze sukcesy
Rok 2015 był już bardzo aktywny pod wieloma względami: liczne prywatne
wędrówki, dużo startów w InO, do tego marszowe treningi na mapach BnO.
Pojawiło się kilka kolejnych sukcesów, a także pierwsze starty w zespołach.
Blog też rozwijał się jak szalony, przynajmniej pod względem liczby wpisów.
Potem trochę to siadło; nadal były starty i prywatne wędrówki, nadal pojawiały
się wpisy na blogu, ale zapału było trochę mniej, a i czas się trochę
skurczył, bo w związku z przyjściem na świat mojego syna były ważniejsze
rzeczy. Były jednak takie punkty w kalendarzu, których starałem się nie
przegapić, jak nocne marsze organizowane przez SKPT czy krótsze InO rumskiego
Włóczykija.
Na InO poznawałem też nowych znajomych, a z czasem i przyjaciół, co dla
introwertyka nigdy nie jest łatwe. Wielu stałych bywalców znam z widzenia, ale
nielicznych bliżej. Ponieważ InO stało się też jedną z moich największych
pasji, próbowałem w to wciągnąć dotychczasowych przyjaciół czy kolegów z pracy. Najczęściej kończyło się to na jednym lub dwóch wspólnych startach,
choć kilka osób to w mniejszym lub większym stopniu zainteresowało na dłużej.
Wojtek też się tym zainteresował. Można powiedzieć, że nie miał wyboru: na pierwszy marsz zabrałem go w wózku, nie miał wtedy jeszcze dwóch lat. Zresztą
często chodziłem z nim na spacery do lasu z tym wózkiem i notorycznie urywałem
linki od hamulców, co strasznie drażniło moją kochaną małżonkę...
Wiadomo, że jak w czymś startujesz, to chcesz wygrywać. Nie zawsze się to udawało, ale z czasem wysokich pozycji było coraz więcej. Jedne z pierwszych takich sukcesów po Chaszczach to drugie miejsce na Śniegołaziku w Sopocie i wyzerowanie (razem z Robertem) trasy MT na Manewrach SKPT w Bolszewie - kolejny powód do sentymentu do tych nocnych marszy. Były pierwsze spotkania z mapami kombinowanymi (InO Włóczykij). Były też spektakularne wpadki, jak próba pokonania trasy BT na Kaszubskiej Włóczędze w Borsku razem z Wojtkiem G. Było też dużo startów, gdzie lądowałem w środku stawki, zazwyczaj z powodu luźnego podejścia do nawigacji na przelotach i w pobliżu punktów. Więcej sukcesów pojawiło się, kiedy z długodystansowych InO przerzuciłem się na krótsze, z modyfikowanymi mapami, kiedy te zwykłe zaczęły mnie trochę nudzić. Z tras TP przeszedłem na TO i TU, zaczynając od trzeciego miejsca w Śnieżynce na Brętowie. Potem bywałem bliżej lub dalej od podium, aż w końcu na przełomie lat 2019/2020 zająłem pierwsze miejsca na Włóczykiju, CieMnO i Urwisku. To był czas na przejście na TZ, gdzie o wygraną będzie trudniej, choć niedawno razem z Darkiem zajęliśmy trzecie miejsce (znów Włóczykij, tym razem na Śmiechowie).
Kolejne starty oprócz doświadczenia i sukcesów powodowały też jednak
pewne skrzywienie: nieraz w czasie zwykłego łażenia po lesie stwierdzałem "tu
byłby niezły punkt". Albo "tu mogłyby być ciekawe stowarzysze!" Póki co jednak
nie śpieszyłem się z własnymi trasami. Organizację imprez obserwowałem raczej
z zewnątrz, i to nie zawsze dokładnie (choć pewne rzeczy przyswajałem niejako
przez osmozę). Czasem tylko pomagałem sprawdzać karty startowe i podliczać
punkty na Darka marszach w Domatówku czy walczyć z Excelem u Damiana w
Leśniewie.
Poważniejszy udział w organizacji miałem dopiero przy trzecim Kaszubie.
C.D.N.