poniedziałek, 16 marca 2015

Drogi i bezdroża Bursztynowej Góry

Po udziale w treningu Las-Kompas na znanych już mi terenach śmiechowskich lasów przyszedł czas na nieco odleglejsze rejony, a konkretnie na bąkowską Bursztynową Górę, w której otoczeniu gdyński Azymut 45 zorganizował swoją imprezę Z Mapą do Lasu. Przy okazji postanowiłem też sprawdzić, jak zachowa się mój niedawno odebrany z serwisu rower na nieco dłuższej trasie, niż ze sklepu do domu i w związku z tym do Bąkowa zdecydowany byłem dotrzeć na dwóch kółkach, choć oczywiście nie z Wejherowa, a z Gdańska, do którego dojechałem SKM-ką.
Rower sprawdził się lepiej, niż się spodziewałem, choć tylny hamulec nie był tak dobrze wyregulowany, jak zostałem zapewniony. Niemniej nie było to zbytnią przeszkodą podczas jazdy, zwłaszcza że nie rozwijałem prędkości na tyle dużej, by przy hamowaniu na przednim kole wylecieć przez kierownicę. Sama trasa z dworca Gdańsk Główny do Bąkowa budziła we mnie mieszane uczucia, z różnych przyczyn. Na długich odcinkach były całkiem niezłe ścieżki rowerowe, ale były też takie, gdzie musiałem jechać jezdnią moim zdaniem niedostatecznie szeroką dla dwóch kierunków jazdy samochodów i jeszcze dla mnie na rowerze. Nieco irytujące było to w Kowalach i samym Bąkowie, gdzie odcinki chodnika z dopuszczonym ruchem rowerów były bardzo krótkie i często przeplatane z takimi, gdzie rowerów nie dopuszczano. Było też zdecydowanie chłodniej, niż się spodziewałem - momentami polar okazywał się być niewystarczająco trzymającym ciepło odzieniem. Na przyszłość będę musiał pomyśleć o jakiejś innej kurtce, być może w ogóle o bardziej profesjonalnym stroju do jazdy na rowerze.

Zdjęcie pochodzi ze strony kolbudy.gd.pl

Zawiodło też moje przekonanie, że kilkukrotne obejrzenie trasy dojazdu na Google Maps i wybieranie kierunku na czuja (co zresztą praktykuję podczas pieszych wędrówek, gdzie sprawdzało się do tej pory całkiem nieźle) wystarczy do bezproblemowego osiągnięcia celu wyprawy. To znaczy, dopóki jechałem Kartuską i Łostowicką, wszystko było ok, ale odpuszczenie sobie jazdy aleją Havla na rzecz Warszawskiej poskutkowało odbiciem na Jasień, a następnie przebijaniem się przez pola przeryte kołami ciężkich pojazdów z okolicznych placów budowy (zaskoczeniem były tu sarny) i niepewne krążenie w okolicy Zakoniczyna. Ostatecznie jednak udało mi się dojechać do parkingu mającego być bazą imprezy w całkiem niezłym czasie, pokonawszy po drodze kilka sporych górek, z których najgorszy był chyba podjazd ulicą Łostowicką od Kartuskiej do alei Armii Krajowej.

Bursztynowa Góra przywitała mnie tablicą, z której dowiedziałem się, skąd pochodzi jej nazwa - a mianowicie od wydobywanego na niej w przeszłości bursztynu. Dopóki nie zainteresowała mnie nazwa Bursztynowe Kule na gdyńskim Wielkim Kacku, w ogóle nie spodziewałem się, że można wydobywać bursztyn tak daleko od morza, a tu proszę - okazało się, że w XIXw. było sporo takich miejsc na kaszubskich i kociewskich wysoczyznach, a Bursztynowa Góra była tylko jednym z nich. W 1954r. ustanowiono tu geologiczny rezerwat przyrody nieożywionej. W czasie marszu zresztą można było zobaczyć barierki ogradzające najgłębsze i największe (40m średnicy i 15m głębokości) z dołów prawdopodobnie pozostałych po odkrywkowym wydobyciu (używano również sztolni i szybów).
Te doły to zresztą nie było jedyne urozmaicenie terenu imprezy. Były oczywiście też wzgórza, ale na szczęście nie aż tak wysokie, jak te, które tak dały mi w kość w Chwarznie czy tydzień temu pod Wejherowem (choć to może być też efekt wyboru przeze mnie trasy B określonej jako średnio trudna). Napotkałem też śródleśne jeziorka, a wśród innych elementów topografii zaskoczyła mnie przede wszystkim ilość terenów podmokłych czy wręcz bagnisk, których omijanie wymusiło spore nadłożenie drogi w niektórych miejscach.
Inaczej niż poprzednio stwierdziłem, że nie warto się bezwzględnie trzymać kolejności odnajdywanych punktów kontrolnych i dwa ostatnie odszukałem pomiędzy pierwszym a drugim. Zastanawiałem się też nad podobnymi zmianami kolejności dalszych punktów, ale uznałem, że to aż tak trasy nie skróci. Całość trasy przeszedłem w godzinę i czterdzieści minut, przebywając w tym czasie prawie osiem kilometrów.

W drodze powrotnej odwiedziłem też grodzisko na półwyspie Jeziora Otomińskiego. Jak z wielu średniowiecznych grodzisk, wiele z niego nie zostało, ale nadal widoczny jest tam południowy wał i fosa. Łatwo tam trafić - brzegiem jeziora prowadzi zielony szlak turystyczny Skarszewski, a od niego do grodziska odchodzi niedługi szlak dojściowy. Poniżej kilka zdjęć dzięki uprzejmości autora strony grodziska.blox.pl, na którą kiedyś trafiłem poszukując informacji o grodzisku na wejherowskiej Górze Zamkowej. Ogólnie trudno o lepsze dostępne w internecie źródło na temat grodzisk w północnej Polsce.
Dalej pojechałem skrajem Otomina, a później przez las w kierunku Jasienia, najpierw wzdłuż czarnego szlaku Wzgórz Szymbarskich, potem leśnym szlakiem rowerowym. Nie był to łatwy odcinek, ponieważ jazdę utrudniała duża ilość piasku. Potem ulicami Jasienia i Kokoszek kierowałem się w stronę obwodnicy. Znów odcinki ścieżek rowerowych (również tych w budowie) przeplatały się z ulicami, gdzie poruszałem się jezdnią. Najbardziej niepewnie się czułem, jadąc ulicą Budowlanych w pobliżu lotniska. Co ciekawe, zarówno wcześniej podczas jazdy przez Kowale, jak i teraz na Kartuskiej mijałem znaki przypominające kierowcom o konieczności zachowania metrowego odstępu od rowerzystów.
Obwodnicę minąłem przejeżdżając ścieżką wzdłuż ulicy Słowackiego, a ze wzgórz zjechałem znaną mi już z zimowego marszu Drogą Matemblewską do sanktuarium i siedziby leśnictwa. Stamtąd wróciłem na Słowackiego i dalej już ładną ścieżką rowerową zjechałem do Wrzeszcza, a potem na stację SKM na Zaspie, gdzie znów kolejka do Wejherowa odjechała mi sprzed nosa.
Łącznie według obliczeń navime zrobiłem podczas tej wyprawy ponad czterdzieści kilometrów rowerem.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz