sobota, 30 marca 2019

XLV Manewry Olimpijskie w Wierzchucinie

Impreza XLIV Nocne Marsze na Orientację Manewry SKPT
Data 16/17 marca 2019r.
Miejsce Wierzchucino
Trasa Przygodowa Siedmiobój leśny
Budowniczy Dorota Grześkowiak, Magdalena Ratkowska
Minuta startowa 66 (19:45)
Pogoda Kilka stopni na plusie, lekkie zachmurzenie; w ciągu nocy przelotne opady deszczu i deszczu ze śniegiem

Spóźniony

To nie pierwszy raz, kiedy spóźniłem się na InO, ale do tej pory nie było to większym problemem. Może dlatego, że miałem jedną z ostatnich minut startowych i nikt już nie spodziewał się spóźnialskich na trasę przygodową. Udało się jednak ściągnąć Dorotę, współautorkę trasę i jakoś wystartowałem, zaledwie dwadzieścia kilka minut później, niż miałem (minutę startową poprawiono na karcie na 90).
Pogoda była całkiem przyjemna i wyposażony w opaski wspierające kolana szybkim marszem ruszyłem przez wieś, aby przez mosty ominąć Bychowską Strugę i nie musieć przez całą resztę drogi zasuwać w mokrym obuwiu. Po raz pierwszy przy takiej długiej trasie nie miałem przy sobie prowiantu ani picia, nie chcąc targać plecaka. Najpotrzebniejsze rzeczy (zapasowa latarka, baterie, pisadła itp.) zmieściłem w nerce.
Moim zamiarem nie było ściganie się o zwycięstwo (choć oczywiście chciałem osiągnąć jak najlepszy wynik), a bardziej dobra zabawa i skorzystanie z okazji udziału w dobrej InO jeszcze przed artroskopią kolana. Ten zamiar spełnić się udało.


Otwarcie igrzysk

Do PK1 dotarłem bardziej szacując odległość, niż ją licząc (jak to ja...), ale kierowałem się też ukształtowaniem terenu (delikatną górką na północ od drogi). Punkt wisiał na drzewie przy skarpie, ale znicz i maszt z flagą były kilkadziesiąt metrów niżej. Zadaniem było odczytanie motta igrzysk wyszytego na szarfie podnoszącej flagę olimpijską. Brzmiało ono Fair play.
Muszę dadać, że byłem dosyć zdziwiony. Wyruszyłem sporo po czasie, szedłem co prawda szybko, ale raczej okrężną drogą, ale i tak spotkałem przy tym punkcie co najmniej dwie inne drużyny. Przy następnych szybko doganiałem i wyprzedzałem inne, nie śpiesząc się przesadnie, choć utrzymując równe tempo.

Konkurencja strzelecka

PK2 był po drugiej stronie szosy, wzdłuż której minąłem dwa małe cmentarze, w tym jeden ewangelicki. Punkt był na wzgórku, a za nim pięć zadań z równaniami obrazkowymi. Pod lampionem była tarcza z zaznaczonymi trafieniami. Tylko że było je widać tylko w ultrafiolecie. A załączona latarka świecąca w ultrafiolecie była dosyć kapryśna. Dopiero gdy wraz z przedstawicielem innej drużyny wymieniliśmy baterie (zestaw również dołączony) i poklikaliśmy stykami, udało nam się odczytać, w które pola trafiał strzelec. Potem zostało już tylko sumowanie wyników, zresztą za pierwszym razem błędne, poprawione dopiero na podstawie zdjęć na ognisku.
Mogłem się tak nie wysilać - rano okazało się, że uznawane były wszystkie wyniki, bo inne drużyny zgłaszały niedziałającą latarkę UV.

Grzybobranie

Zbieranie grzybów jako trening lekkoatletyczny? Czemu nie, zwłaszcza jeśli przy lampionie zawieszono atlasy. Choć do grzybowego "uroczyska" był kawałek na górkę po drugiej stronie drogi.

Wierzchem po medal

W miejscu PK4 łatwo dało się znaleźć rozwieszone strony z polskich gazet o jeździectwie, natomiast po lampion trzeba było wejść na kilka metrów w głąb zarośli młodych choinek. Odszyfrowanie nazwiska jednego z członków polskiej srebrnej drużyny (oraz imienia jego konia) w skokach przez przeszkody z Moskwy z 1980r. na podstawie łańcuszka artykułów z konkretnego magazynu nie było może bardzo trudne, ale wymagało trochę krążenia wśród drzew.

Olimpijska układanka

Na PK5 nie szedłem najkrótszą trasą, a najpewniejszą nawigacyjnie. Co prawda miałem na pewnym odcinku wątpliwości (delikatne niezgodności terenu z mapą), ale trafiłem dosyć łatwo. Na miejscu była koperta z fragmentami mapy do wyklejenia na karcie zadań. Na tle mapy przedstawiającej teren zmagań, czyli lasy na północny zachód od Wierzchucina, umieszczone były olimpijskie koła i symbole konkurencji.

Są góry, to i pora na sporty zimowe

Góry to może trochę za dużo powiedziane, ale były to najwyższe wzniesienia na trasie. Najpierw trzeba było do nich jednak dotrzeć. Najpierw, droga, potem niezła przecinka, a następnie taka już trochę zarośnięta. Tę ostatnią w końcu zgubiłem i dojście do dużej drogi prowadzącej z Białogóry na zachód nie dawało mi wystarczającej pewności co do pozycji, przez co trochę po tej drodze krążyłem. Dopiero przebieg dróżki, którą poszedłem na północny zachód, wraz z terenem, dał mi tę pewność. Potem jednak krążyłem u podnóży Złamanej Wieży, szukając właściwego miejsca do ataku na szczyt. Kiedy już się zdecydowałem, to po pierwsze, ledwo dałem radę się wspiąć (o dziwo, nie kolana, a płuca stawiały opór), a po drugie, znalazłem lampion, który nie był tym właściwym (co wywnioskowałem łącząc obecność punktu geodezyjnego ze znacznie dokładniejszą od mojej mapką pod lampionem).
Poszedłem grzbietem na południowy zachód, gdzie znalazłem właściwy punkt, również z mapką, która wskazywała drogę do slalomu giganta (którego początek już mijałem wcześniej). Slalom składał się z siedmiu czerwonych lub niebieskich bramek, a w każdej była knajpa z fantazyjną nazwą. Znalazłem tylko sześć, ale straciwszy przy PK6 sporo czasu i podejrzewając, że przynajmniej niektóre z pozostałych punktów też będą czasochłonne, a przede wszystkim nie mając ochoty powtarzać kilkusetmetrowego odcinka slalomu zdecydowałem, by nie szukać brakującego.

Odwodnienie na plaży

Najdalszy - siódmy - punkt kontrolny był też chyba najbardziej klimatycznym na całej trasie. Po przejściu przez kolejne wzniesienia (choć już na szczęście nie tak wysokie, jak Złamana Wieża) już z daleka słyszałem szum morza, myślę, że z co najmniej stu pięćdziesięciu, a może i dwustu metrów. Zrobiło się też pusto - część drużyn odpuściła te najdalsze punkty, więc samotne nocne podejście do lampionu przy zejściu na plażę w akompaniamencie huczącego morza naprawdę robiło niesamowite wrażenie.

Pod lampionem była też mapka do kolejnego zadania. Tym razem trzeba było z bajora przynieść wody i nalać do dziurawego bidonu, aby przez małe okienko zobaczyć klucz do szyfru, jakim zapisano wiadomość od kibiców do zawodnika, który zbyt długo wygrzewał się na piasku. Samo w sobie zadanie było ciekawe, ale wymagało chwili siedzenia na mokrej trawie w mżawce podczas rozkodowywania pozornie niezbyt długiego tekstu. Choinka na zdjęciu poniżej to właśnie drzewko z bidonem i czerpakami.

Światełka w ciemności

Na tle poprzedniego zadanie przy tym punkcie - odczytanie nazwy gry na podstawie kolorów światełek - było raczej formalnością.

Labirynt z Playstation

Z ósemki na dziewiątkę szedłem przez pewien czas promenadą łączącą Białogórę z plażą. Zadanie na tym punkcie to policzenie znaczków na drodze do wyjścia z labiryntu. Tu poległem, bo przeoczyłem, że trzeba zsumować wynik z karty zadań i tabliczki przy punkcie, być może dlatego, że labirynt na karcie nie miał jasno zaznaczonego wejścia i wyjścia.
A dlaczego Playstation? Bo znaczki miały postać trójkątów, krzyżyków, kółek i kwadratów, jak na charakterystycznych padach do tej konsoli.

Ognisko

Spotkani przy PK9 rywale podzielili się informacją, że ognisko jest w innym miejscu, niż zaznaczone na mapie (dzięki!). To mi trochę zaoszczędziło czasu. Ale zagadki z punktu przy ognisku nie odgadłem. Zresztą na ognisku nie spędziłem dużo czasu - nauczony doświadczeniem z wcześniejszych marszy nie chciałem ostygnąć i zgubić rytmu. Posiedziałem przy ognisku, wypiłem dwie herbaty i po dziesięciu minutach odebrałem mapę i karty. Poprawiłem wynik obliczeń z PK2, zgubiłem przy tym grzybka z PK3, poszedłem dalej, zorientowałem się i po grzyba wróciłem. Potem mogłem już spokojnie iść dalej.

Murawa czy pole minowe?

PK11 został umieszczony nad licznymi leśnymi kanałami, więc podejrzewałem, że jest otoczony licznymi stowarzyszami. Był to więc drugi przypadek na tej trasie, gdzie liczyłem parokrokami odległości (po slalomie na PK6, gdzie na karcie oprócz nazw barów do wpisania były odległości między nimi).
Do zadania znów prowadziła mapka. A samo zadanie polegało na poszukiwaniu min na murawie, ozdobionych literami, a następnie ułożenie z nich trzech pięcioliterowych słów. Trochę brakowało mi "A", nie byłem pewien, czy widziałem "O", ale i bez nich liter było dość, żeby na spokojnie zapisać te trzy słowa.
Dla porządku: miny były tylko na obrazkach.

Kasownik

PK12 to jedyny punkt, gdzie wziąłem stowarzysza. Ale chociaż kolor lampki z kasownika spisałem.

Punkt żywieniowy

Ostatni punkt kontrolny to relaksujący punkt żywieniowy. Przejście przez zwalony płot, zejść na dno dziury, spisanie lampionu, poczęstowanie się cukierkiem i (w ramach zadania, a nie tylko dla porządku) zabranie papierka. Meta o rzut beretem.

Finisz

Skończyłem sporo przed czasem. Z jednym punktem stowarzyszonym i kilkoma błędami w zadaniach dostałem ostatecznie sześćdziesiąt punktów karnych i zająłem czwarte miejsce, tuż za podium. Trochę było szkoda, że nie uważałem bardziej na PK12, albo przy zadaniach z PK9 i PK10, albo że przy slalomie nie wróciłem po brakującą bramkę - do trzeciego miejsca zabrakło dwudziestu punktów karnych. Ale nie wyrzucałem sobie tego długo - szedłem przede wszystkim dla przyjemności, a z moim lekkim podejściem i stałym brakiem dyscypliny w nawigacji to był i tak świetny wynik.
Braku prowiantu nie żałowałem, nie odczuwałem specjalnie głodu na trasie. Ale w przyszłości muszę jednak pamiętać, żeby zaopatrzyć się w płyny, bo to jednak trochę mi dokuczało, zwłaszcza na początku drugiej połowy trasy. Poza tym byłem ze swojego tempa i kondycji (jak na rzadkie ostatnio marsze) zadowolony).

Trochę szkoda, że trochę więcej z ogłaszanej na stronie rekordowej liczby lampionów nie trafiło na trasę przygodową (choć pewnie wtedy nie skończyłbym na jednym stowarzyszu). Z wzorcówki wynika, że na PS można było trafić na trzech z trzynastu punktów. Jak na trasę porównywaną w komunikacie startowym do trudnej to niewiele.
Natomiast zadania była urozmaicone i dosyć ciekawe, choć z niektórymi światełkami były drobne problemy. Zażalenia oczywiście skierowane na adres podany w karcie zadań. Poza tym mogę tylko chwalić za pomysły i ich realizację, a także za wplecenie w treść zadań kultowych wpadek polskich dziennikarzy sportowych. Całość wymagała sporo myślenia i pracy, za co bardzo budowniczym Dorocie i Magdzie dziękuję. Dziękuję też za oszczędzenie nam wymyślania wiersza czy piosenki - choć kibicowska przyśpiewka pewnie by pasowała, to nie przepadam za tego typu zadaniami.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz