sobota, 24 marca 2018

CieMnO w Oliwie

Nocne marsze na orientację nie są dla mnie niczym nowym. W końcu - nie licząc małego harcerskiego InO na naszej Kalwarii - zaczynałem od Darżluba w Kartuzach, a potem powiększałem swoje doświadczenie o kolejne imprezy, wędrując sam lub w towarzystwie na trasach różnej trudności, ale właściwie zawsze długodystansowych i na pełnej mapie. Nocne InO z krótkimi i modyfikowanymi trasami jakoś do tej pory nigdy nie pasowało mi pod względem terminu. I tak póki co jeszcze przez jakiś czas pozostanie, bo w organizowanym w ubiegłą sobotę CieMnO 4 znów pasowała mi tylko pora południowa, a i wybrana trasa nie była zbytnio modyfikowana. Ale nie szkodzi, bo i tak była to bardzo ciekawa trasa. Już dojście na start dostarczyło wyzwań - przebicie się przez spiętrowane drewno nie było może trudne, ale też nie był to spacerek.



Stromy początek

Organizowane przez Morenka Team CieMnO to mój trzeci z rzędu wspólny start z Tomkiem, a jednocześnie pierwszy z klasyfikacją. Zgodnie zdecydowaliśmy się na trasę przygodowo-zadaniową. Aura nam sprzyjała - było zimno, ale dosyć pogodnie. Mieliśmy jedną z pierwszych minut startowych: wyruszyliśmy o 12:04. Przed nami według listy były tylko dwie drużyny, a w praktyce jedna: Mikołaj z Grzegorzem, którzy zresztą z nami dojeżdżali i których najczęściej spotykaliśmy w terenie.
Z racji charakteru trasy oprócz znajdowania lampionów wykonywaliśmy zadania, za których brak dostawało się punkty karne: dziesięć (zwykłe zadania) lub pięćdziesiąt (zadanie główne polegające na ułożeniu piosenki z wykorzystaniem czterech umieszczonych na trasie słówek. Ekipa Morenki na stronie imprezy zapowiedziała, że przyda się wiedza z dziedziny muzyki, co budziło automatyczne skojarzenia z teleturniejem Jaka to melodia, zresztą częściowo słuszne.
Mapa też była w pewien sposób związana z muzyką: sformatowano ją do rozmiaru okładki płyty CD i w pudełku od takiej płyty ją dostaliśmy. Pierwsza strona była tytułowa, ostatnia zawierała opisy punktów i zadań, a dwie wewnętrzne stanowiły właściwą mapę.
Pierwszy punkt był niedaleko startu. Towarzyszyło mu zadanie polegające na nazwaniu przedmiotu, którym był walkman (choć uznawano też odpowiedzi pokrewne, np. radio - młodsi uczestnicy nie mieli często okazji widzieć takiego sprzętu w użyciu).
Na PK2 było już bardziej pod górę, i to dosłownie. Musieliśmy przejść obok startu, który umiejscowiono w starym wyrobisku żwirowni otoczonym urwistymi zboczami. Tomek niemal od razu zaczął się wspinać po jednym z nich, mimo sugestii organizatorów, by korzystać z łagodniejszych wyjść z kotliny. Budził tym zdziwienie, ale na pewno został zapamiętany. Zresztą łagodniejsze podejście, z którego ja skorzystałem, nie było dużo lepsze, bo różnica wysokości między kotliną a szczytem z dwójką wynosiła prawie czterdzieści metrów.Spotkaliśmy się przy punkcie, spisaliśmy kod, zapamiętaliśmy pierwsze słowo i szliśmy dalej .
Do trójki prowadził Tomek. Były odcinki gdzie trochę truchtaliśmy, zwłaszcza że dla odmiany trasa prowadziła teraz w dół. Ze znalezieniem punktu nie było trudności, choć w dwóch miejscach miałem wątpliwości (tym razem niesłuszne) co do wybranej przez Tomka drogi.



Pierwszy błąd

PK4 to nasz pierwszy błąd: uznaliśmy, że dolny lampion jest tym prawidłowym, tym bardziej że było przy nim dwa zadania (wymagające znajomości polskich raperów), a nam średnio chciało się wspinać. Ale jak się okazało, sprytny budowniczy niespodziewanie dla nas dał zadania również przy punktach stowarzyszonych. Kosztowało nas to dwadzieścia pięć punktów karnych za PS-a, ale za to rozwiązane przez Tomka zadanie zaliczyliśmy. Zadanie przy powieszonym nieco wyżej prawidłowym lampionie dotyczyło z kolei rozpoznawania znanych kompozytorów.
Piątka to kolejna różnica zdań między mną a Tomkiem. Nie zgadzaliśmy się co do wyboru górki, na której powinniśmy jej szukać, w związku z tym weszliśmy na dwa sąsiednie garby. I choć z początku byliśmy na tyle blisko, by ciągle się widzieć i słyszeć, to niezauważenie oddaliliśmy się od siebie. Ale udało nam się odnaleźć punkt i siebie nawzajem. Na punkcie było następne zadanie: uformowana w kształt płyty CD układanka ujawniająca położenie PK14. Co prawda zgubiłem jeden z czterech elementów, ale nie był on niezbędny do prawidłowej lokalizacji celu, tym bardziej że i tak znajdował się on w pustym środku "płyty".

Dolina Radości

Kilka kolejnych punktów znajdowało się wzdłuż oliwskiej Doliny Radości. Najpierw PK6 w turystycznej wiacie, z płytą winylową w charakterze przedmiotu do rozpoznania. Potem na moście czy raczej na jazie PK7 z instrumentami przydatnymi przy zadaniu głównym (mój półtoraroczny syn ucieszył się z kolejnego źródła irytujących dźwięków, żona mniej). Następnie PK8 na szczycie góry ponad doliną. Kiedy już się do niego wspięliśmy, stwierdzając tym samym swoją wyższość nad himalaistami spod K2, stanęliśmy w obliczu wyzwania najbardziej na trasie przypominającego teleturniej pana Janowskiego, czyli rozpoznania dwóch piosenek. Pierwsza miała być ustawiona jako czasoumilacz czy inne granie na czekanie pod podanym numerem telefonu. Niestety operator telekomunikacyjny nie wyrobił się z uruchomieniem usługi i zamiast Stayin' Alive w wykonaniu Bee Gees słyszalny był tylko sygnał. Druga piosenka była ustawiona jako dzwonek w przymocowanym do pobliskiego pniaka telefonie, do którego przypisany był wspomniany numer. Tomek trafnie rozpoznał ją jako utwór grupy 'The Offspring' i było to wystarczające.
Ostatnim punktem w Dolinie Radości była dziewiątka. Jej okolice nie zmieściły się na głównej mapie i umieszczone na stronie z zadaniami w pomniejszonej skali. Tu wzięliśmy drugiego stowarzysza w okolicznościach niemal identycznych z PK4, ale przynajmniej drugie słówko do piosenki się zgadzało.


Wężowa Dolina

Od kilku punktów kontrolnych ja przejąłem prowadzenie od Tomka i podobnie było przy trzech kolejnych umieszczonych w Wężowej Dolinie i jej okolicy. PK10 był otoczony stowarzyszami, ale prawidłowy lampion wybrałem bez większego wahania. PK11 to przede wszystkim trzecie słowo do piosenki. Przy PK12 trzeba było się już trochę bardziej rozejrzeć, ale też nie było przesadnie trudno.


Znów pod górę

Dwunastka właściwie była już w połowie drogi na grzbiet wzgórza, na szczęście nachylenie było tu jeszcze dosyć łagodne. PK13 wisiał już po drugiej stronie wzgórza, w wąwozie będącym zaczątkiem doliny. Dołączone do niego zadanie znów mogło sprawić problem uczestnikom nieco młodszym lub niezbyt zorientowanym w muzyce. Polegało na podaniu czterech zespołów, które wydały płyty z okładkami umieszczonymi pod lampionem (lub tytuły tych płyt). My z Tomkiem dość łatwo rozpoznaliśmy te zespoły - jakby nie patrzeć, była to klasyka światowej i polskiej muzyki (choć w przypadku Lady Pank były drużyny, które wpisywały Rolling Stonesów).
Ujawniona przez układankę z PK5 lokalizacja czternastki okazała się być szczytem góry Głowicy. Po spisaniu tego lampionu i ostatniego, czwartego słowa został nam już tylko jeden punkt do znalezienia. Nie pamiętam, czy zadaniową piosenkę układaliśmy już wtedy, czy na szybko przy starcie, ale zestaw obowiązkowych słówek był dość nietypowy: 'brokuły', 'allegro', 'stresik' i 'ukulele'. Nasza była raczej przeciętna, ale dwie, które słyszeliśmy na mecie, były całkiem niezłe. Jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy potrafią takie małe cuda wymyślić na poczekaniu.

Wieża radości, wieża samotności

Ostatni punkt połączony był z poleceniem podania tytułu piosenki zespołu Sztywny Pal Azji, która kojarzyłaby się nam z tą lokalizacją - a ponieważ jest to wieża widokowa, którą kojarzę z innych map, to Wieża radości nasuwała mi się już od momentu, gdy przeczytałem zadania. Gdybyśmy jeszcze od początku poszli z Głowicy właściwym grzbietem i nie musieli schodzić w dolinę i trzeci raz wspinać na czterdziestometrową górę, to już byłoby całkiem fajnie. Na szczęście przynajmniej zejście do mety było z górki.
Trasa może nie była bardzo trudna, ale za to urozmaicona terenowo. Zobaczyliśmy parę ciekawych miejsc, w tym dwa niezłe z widokiem na Oliwę. Poza tym zadania konsekwentnie trzymały się tematu przewodniego jednocześnie przy tym nie nudząc. Mapa też była ciekawie przygotowana. Krótko mówiąc, warto było przyjechać do Oliwy i wziąć w tym udział. W przyszłym roku chętnie bym to powtórzył. Jedynie naszego wyniku trochę żal, ale może przez to na przyszłość będziemy dokładniejsi.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz