sobota, 30 stycznia 2016

Styczniowe drogi

Nowy rok zacząłem od krótkiego wieczornego spaceru na Górę Noworoczną, o której już kiedyś pisałem. Widok rozświetlonego miasta otoczonego czernią wzgórz jak zwykle zrobił na mnie spore wrażenie. Szkoda, że nie mam aparatu z czułością odpowiednią do nocnych zdjęć.
Jednak tak naprawdę na leśne szlaki ruszyłem w drugi weekend stycznia, kiedy w ciągu trzech dni zaliczyłem trzy krótkie wycieczki: w piątek w okolice pomiędzy wejherowskim szpitalem a Kąpinem, w sobotę na II InO Do Źródełka w sopockich lasach, a w niedzielę do Gimnazjum nr 4 w rumskiej Szmelcie na kolejny trening Las-Kompas.
Wspomnę jeszcze tylko, że pogoda utrzymywała się zimowa, przede wszystkim pod względem temperatury, choć i śniegu nie brakowało. Mróz spowodował ciekawe zamarzanie kałuż:



Piątek - Kąpino

Pierwsza wycieczka była od dawna planowaną wyprawą po skrzynki geocachingowe na północnych obrzeżach Wejherowa i w okolicy Kąpina. Był to raczej spacer niż marsz i oprócz keszowania nakierowany był na testowanie mapowej aplikacji Lotus na nowym sprzęcie. Jedną z ciekawostek tego programiku jest możliwość ściągnięcia danych skrzynek m. in. z portalu opencaching.pl, a później bezpośredniego nawigowania na konkretne współrzędne. Być może w przyszłości opiszę to dokładniej.
Większość ze zdobytych tego dnia skrzynek należało do serii Szlakiem. Nie wyróżniały się przesadnie lokalizacją (choć oczywiście podwejherowskie lasy są ładne i warte odwiedzenia niemal niezależnie od pogody, a trasa wyznaczona przez tę serię jest ciekawą opcją na rodzinny spacer, choć po drodze jest kilka umiarkowanie stromych podejść. Najbardziej interesującą ze znalezionych przeze mnie tego dnia skrzynek z tej serii była ostatnia, ukryta w pozostałościach fundamentów bliżej nieokreślonych budowli, opisanych przez twórcę kesza jako bunkry.



Kolejny kesz ukryty został w miejscu, które można nazwać centrum współczesnego Kąpina - między boiskiem, kościołem, siłownią i placem zabaw, w pobliżu wiaty grillowo-piknikowej, której ta właśnie skrzynka jest poświęcona.



W drodze powrotnej próbowałem znaleźć jeszcze trzy inne skrzynki. Pierwszej w żaden sposób nie mogłem odkryć, nie bardzo też miałem pomysł, jak jej lokalizacja mogłaby pasować do wylosowanych w Pomorskim Keszynie kategorii, ale to inna sprawa. Do drugiej podchodziłem po raz wtóry i znów zrezygnowałem zdecydowawszy, że akurat tej lepiej szukać w nocy, a przynajmniej wieczorem, przy pomocy latarki. Do ostatniej skrzynki - niedaleko lądowiska śmigłowców koło wejherowskiego szpitala - też wykonywałem już trzecie podejście. Tu przynajmniej znalazłem właściwe drzewo, w czym mróz był o tyle pomocny, że usztywnił i ustabilizował podmokły w tej okolicy grunt. Samego kesza jednak niestety nie odkryłem - nie wiem, czy to kwestia braku mojego doświadczenia, bardzo skutecznego ukrycia, czy jego zaginięcia. Ale z pewnością tam jeszcze wrócę i być może poświęcę mu osobny wpis.





Sobota - Gołębiewo

Drugiej edycji marszy na orientację Do Źródełka swoją bazę miała na parkingu niedaleko gdyńskiej leśniczówki Gołębiewo. Organizatorzy z Krzaczor Team przygotowali kilka tras do wyboru: dla początkujących, trudną, bardzo trudną i rowerową. Oprócz atrakcji w terenie ciekawe były też mapy, choć nie aż tak, jak w zeszłorocznej edycji, gdzie na jednej z tras za mapę służyła wstęga Moebiusa. Mapa trasy T, na której startowałem, miała postać szachownicy powstałej z nałożenia dwóch map topograficznych. Mniej konwencjonalna mapa trasy BT była spiralą złożoną z segmentów obróconych o różne kąty. Zapewne zmniejszało to ilość dostępnych wariantów przejść, ale znacznie urozmaicało nawigację. Ciekawie byłoby kiedyś spróbować startu z taką mapą. Jeśli kogoś interesuje, jak ta mapa wyglądała, budowniczy udostępnili ją tutaj. U mnie tylko fotka z trudnej:



Szukanie punktów szło mi całkiem nieźle. Do pierwszego szedłem asfaltowymi drogami, a potem żółtym szlakiem Trójmiejskim, z którego musiałem zejść za zachód do jednej z niewielkich niecek (oczywiście w pozostałych były stowarzysze. Potem na chwilę straciłem czujność i chwilę trwało zanim odnalazłem swoją pozycję na mapie. Znalezienie PK2 już było łatwe. Z PK3 też nie było problemów, choć miałem wątpliwości przy wyborze właściwego z dwóch lampionów na szczycie stoku. Przy odejściu jednak znowu trochę mnie zniosło sporo na południe i ostatecznie wylądowałem na Wielkiej Gwieździe. Stamtąd musiałem wracać na północ, omijając sanatorium Leśnik. Na PK4 zebrałem stowarzysza trafiając na niewłaściwy grzbiet z najwyższej górki niedaleko sanatorium. Dalej szedłem grzbietami wzgórz, nie mając ochoty na kolejną wspinaczkę po zejściu w dolinę. PK5 był jednym z dwóch punktów terenowych na trasie - zamiast kodu lampionu na karcie startowej trzeba było wpisać liczbę słupków w konstrukcji na szczycie Rysiego Wzgórza. Na odejściu znów błąd - skręciłem w złą stronę przy zabudowaniach sopockiej dzielnicy Przylesie i musiałem się wracać. Na PK6 jednak udało mi się dotrzeć bez większych problemów, trochę przy tym korzystając z oznaczeń zielonego szlaku.
W tym momencie postanowiłem zacząć używać latarki ręcznej i czołówki - właściwie już od czwartego punktu zauważalnie zaczęło zmierzchać, a na dalszej drodze bez sztucznego światła mógłby być problem z lokalizacją. Jakiś kawałek przeszedłem w stronę siódemki, aż uznałem, że warto by zmienić baterie tkwiące w latarce przynajmniej od październikowego Sukkuba, więc już nie za mocne. Niestety, w jakiś sposób ułamał się czy odpadł jeden ze styków i w konsekwencji zostałem tylko ze słabym światłem czołówki. Innych latarek nie miałem przy sobie - nawet tę, której używałem na Darżlubie, zostawiłem w pracy. Postanowiłem więc darować sobie nierówną walkę z dalszą częścią trasy i wrócić na metę, próbując jeszcze zebrać te punkty, które były po drodze.
PK11 nie znalazłem - dolinka, w której miał wisieć, była zbyt gęsto zarośnięta, żeby bez dobrego światła próbować coś odkryć. Na dwunastce zebrałem kolejnego stowarzysza - a był to jedyny lampion, jaki w tym miejscu dostrzegłem. Jeszcze tylko trzynasty punkt przy ognisku i zakończyłem swój marsz. Wynik miałem słaby - tylko osiem punktów znalezionych, w tym dwa stowarzyszone, czyli BPK-ów było trzynaście plus jeden z LOP. Łącznie 1280 punktów karnych i dalekie, dwudzieste pierwsze miejsce (choć nie ostatnie). A mogło być dużo lepiej - do szóstki mniej więcej mieściłem się w czasie nawet pomimo kilku wpadek. Ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz... Następnym razem pójdzie lepiej.



Niedziela - Szmelta

Z kolei niedzielne przedpołudnie to pierwszy w tym roku trening klubu UKS Siódemka, czyli Las-Kompas. Tym razem bazą była znane mi już rumskie Gimnazjum nr 4, a terenem zmagań były lasy na południe od doliny Zagórskiej Strugi, w okolicy Szmelty i Janowa. Nie chcąc przesadnie się forsować, wybrałem trasę o średnim poziomie trudności. Trochę niedoszacowałem - nawigacyjnie nie okazała się zbytnio wymagająca, może z powodu dużej ilości dróg (część kojarzyłem z wyprawy czarnym szlakiem w maju) i urozmaiconego terenu. Następnym razem muszę wybrać albo trudniejszą trasę, albo wariant bez dróg. Za to kondycyjnie trochę musiałem się wysilić, zwłaszcza pierwsza większa górka między PK1 a PK2 wymagała sporo samozaparcia przy wspinaczce. Całość jednak była jak zwykle przyjemnym sposobem na spędzenie poranka.



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz