niedziela, 13 grudnia 2015

Drogi i bezdroża XL Darżluba

Rok po swoim pierwszej dużej imprezie na orientację - kartuskim Darżlubie - wziąłem udział w kolejnej, czterdziestej już edycji tych nocnych marszy organizowanych przez SKPT. Tym razem odbywała się ona w Wejherowie, na co właściwie trochę liczyłem. Motywem w tym roku był szpital i sprawy okołozdrowotne. System tras trochę się zmienił od zeszłego roku i od wiosennych Manewrów. Między innymi zrezygnowano z trasy Zaawansowanej, a dodano Rowerową i Nawigacyjną, a trasy Trudną i Bardzo Trudną "podwojono", budując jedną i drugą w dwóch wersjach dystansowych.
Niesiony ambicją po przyzwoitym wyniku na Sukkubie, zdecydowałem się na trasę Td, czyli Trudną długą Karetka tu nie dojeżdża, autorstwa Dominiki Welz. Nie chciałem iść na łatwiznę na trasie MT, co patrząc po wstępnych wynikach, było chyba słuszną decyzją. Z kolei na trasę BT chyba jeszcze nie jestem gotowy - ciągle mam w pamięci katastrofalny rezultat w tej kategorii na Kaszubskiej Włóczędze.
W bazie imprezy - wejherowskiej "Samochodówce" - zjawiłem się około pół godziny przed startem. Rozmowy z kilkoma znajomymi (pozdrawiam) sprawiły, że prawie spóźniłem się na swoją minutę startową. Udało mi się jednak odebrać pakiet startowy o czasie i o 19.06 ruszyłem w drogę. Szybki przegląd mapy pokazał, że większość punktów kontrolnych została rozmieszczona pomiędzy Śmiechowem a Gniewowem, czyli na obszarze, który znałem dobrze. Czy dość dobrze, żeby wygrać, to się dopiero miało okazać.


PK 1-3

Do pierwszego punktu poszedłem lekkim skrótem przez osiedle, a potem przez park, trochę niepewny, czy będzie możliwość przejścia przez mostek na Cedronie koło Pałacu Przebendowskich - trwają tam prace budowlane. Możliwość na szczęście była, choć dróżka parkowa stała się rozjeżdżonym błotem. Po drugiej stronie rzeki czekała wspinaczka po śliskim, gliniastym zboczu. Już tu kiedyś parę razy zjechałem, tym razem jednak obyło się bez tego typu atrakcji. Punktu szukałem orientując się względem widocznego w dole charakterystycznego zakrętu ulicy. Znalazłem lampion dość łatwo, ale i tak dla większej pewności sprawdziłem jeszcze okolicę.
Na dwójkę skierowałem się ścieżką po grzbiecie wzgórza aż do polany Siedmiu Dróg. Jedna z nich poprowadziła mnie prawie pod miejsce połączenia dwóch strumieni, nieco powyżej byłej leśniczówki. Tu nie miałem żadnych wątpliwości.
Z trójką było trochę więcej kombinowania, ale ciągle poruszałem się po dobrze znanych szlakach: szersza droga w górę, przecinka bardziej w górę, mniejsza dróżka lekko w dół i kolejna znowu w górę, a potem już tylko na grzbiet i znalezienie szczytu z właściwym lampionem, a nie tego obok ze stowarzyszem.

PK 4-8

Z grzbietu z PK3 widać już było światła śmiechowskiego cmentarza. Na tym odcinku miałem dylemat, czy iść wygodnie do zabudowań miejskich i potem na wschód wzdłuż nowego parkingu, czy krócej, ale za to przez górkę. Ostatecznie zdecydowałem się na ten drugi wariant, co okazało się zadziwiająco ciężkim wyzwaniem kondycyjnym - aż mnie kolka złapała przy wspinaczce. Na szczęście zejście do szosy gniewowskiej pozwoliło mi trochę odetchnąć przed przedzieraniem się przez młodą buczynę na zboczu górki z PK4. Zaraz po wejściu na szczyt natrafiłem na lampion-pułapkę zawieszony na płocie. Nie dałem się jednak zwieść - nie pasował mi układ terenu i dość szybko znalazłem prawidłowy punkt nieco dalej na południowy wschód.
Przejście do PK5 nie było problemem - po zejściu z górki szedłem jedną z moich ulubionych tras spacerowych, zwłaszcza że dokładnie wiedziałem, gdzie jest skrzyżowanie drogi z linią oddziałową oznaczone piątką. Bez większego namysłu podbiłem lampion z kodem B3, mimo że znajdował się odrobinę za daleko. Z tym lampionem było zresztą trochę zamieszania - oryginalnie za prawidłowy uznawano punkt ustawiony wcześniej, jednak żaden nie stał w miejscu oznaczonym na mapie, z której korzystali uczestnicy.
Zaskoczony swoim tempem (przy każdym punkcie oszczędzałem kilka minut) poszedłem dalej drogą w górę doliny, a później jej odnogami do PK6 ustawionego w kolejnym miejscu, które znałem. Tu nie miałem wątpliwości, nieco inaczej, niż przy PK7, gdzie gęste zarośla trochę utrudniały nawigację. Ostatecznie jednak udało mi się znaleźć właściwy lampion, trochę korzystając z obecności innych drużyn.
Jak do tej pory bezbłędny marsz został trochę popsuty przez ósmy punkt kontrolny - po dojściu do dużej leśnej drogi zaniedbałem mierzenie odległości, skupiwszy się na poszukiwaniu granicy kultur. I granicę znalazłem, ale niestety nie tę właściwą.

PK 9-11

Dziewiątka leżała znów po zachodniej stronie szosy. Podejście na azymut odpuściłem prawie od razu - oznaczało wspinaczkę, w dodatku przez gęstą buczynę, z możliwym omijaniem płotów upraw leśnych. Zamiast tego korzystając z pewnego zapasu czasu wybrałem nieco okrężny, ale za to wygodniejszy i pewniejszy nawigacyjnie wariant na południe szosą, a potem na północny zachód leśną drogą z krótkim odejściem do przecinki, na której umieszczono lampion PK9.
PK10 też nie przysporzył mi większych problemów - dzięki temu, że na wcześniejszych imprezach w tym rejonie zdobywałem już punkty kontrolne względnie łatwo znalazłem właściwą górkę z leżących w okolicy, pamiętając przy tym układ ścieżek i dróg, których na mapie brakowało.
Jedenastka to ognisko na Młynkach, co nie było trudne do przewidzenia. Zaskakujący był za to pierwszy lampion, który zobaczyłem. Za nic nie pasował do punktu zaznaczonego na mapie. Trzy razy do niego podchodziłem i odchodziłem, zanim uznałem, że budowniczy postawili stowarzysza na ognisku - akurat prawidłowy dla mojej trasy był lampion przy ognisku. Komentarze w sieci pokazują podzielone zdania uczestników na ten temat - osobiście uważam, że był to dobry pomysł i świetna okazja do sprawdzenia czujności uczestników. Ciekawe, czy przy drugim ognisku na Białej też postawiono punkt stowarzyszony?
Na ognisku nie spędziłem dużo czasu. Nie byłem specjalnie głodny i nawet kiełbaski nie piekłem. Zmusiłem się do zjedzenia bułki i popicia jej gorąca herbatą, po czym ruszyłem dalej.

PK 12-15

Od Młynków poruszałem się biegnącym doliną Cedronu czerwonym szlakiem PTTK, w którego bliskości leżały kolejne dwa punkty kontrolne. Dwunasty leżał na górce i chwilę się upewniałem, zanim spisałem znaleziony lampion. Stuprocentowej pewności nie miałem, ale ostatecznie został zaliczony. Pewności nie miałem też przy trzynastce, której trzeba było szukać w ujściu mniejszego strumienia do Cedronu. Trochę się naszukałem, zanim znalazłem lampion spełniający ten warunek, choć nie dokładnie we właściwej odległości od miejsca, co do położenia którego byłem pewien. Trochę szkoda, że nie sprawdziłem dokładniej korzystając z wciąż rosnącego zapasu czasu - trzynastka tym razem nie okazała się szczęśliwa.
Po drodze na PK14 trochę się zirytowałem - oba powerbanki odmówiły współpracy z telefonem, w którym bateria - o wiele za słaba na moje potrzeby - była już na skraju wyczerpania. Było to już ostatnie ziarenko piasku przechylające szalę decyzji o zakupie nowego sprzętu, który byłby w stanie rejestrować dłuższe wyprawy bez potrzeby dodatkowego ładowania. Co ciekawe, w domu powerbanki działały już normalnie.
Na samej czternastce znów zabrakło czujności - nie kontrolowałem odpowiednio dystansu od skrzyżowania i musiałem dokonać przebitki. Być może nie byłoby takiej potrzeby, gdybym korzystał z mocniejszej latarki, którą miałem w plecaku: dwa lampiony w niewielkiej odległości od siebie różniły się też tym, że od stowarzysza odchodziła względnie nowa droga przez młodnik, a od prawidłowego PK już trochę zarośnięta, odpowiadająca tej z mapy, pochodzącej z lat siedemdziesiątych zeszłego wieku.
Okolicę punktu numer 15 przy drodze prowadzącej do cmentarza sprawdziłem już dokładniej i nie miałem większych wątpliwości co do prawidłowości spisanego lampionu na skarpie po wschodniej stronie drogi.

PK 16-17

Mógłbym powiedzieć, że ostatnie dwa punkty to była formalność, ale nie byłaby to całkiem prawda. Co prawda szesnastkę - znów w dolinie Cedronu i znów blisko czerwonego szlaku - zdjąłem bez problemu licząc parokroki od jednego ze słupków oddziałowy, ale przy PK17 już trochę musiałem krążyć w pobliżu kalwaryjskiej kapliczki św. Weroniki. Według mapy powinien się on znajdować na kopcu o rozmiarach mniejszych, niż skala mapy, ale niczego takiego nie znalazłem. Ostatecznie - podobnie jak kilka innych drużyn - zdecydowałem się spisać kod z lampionu, który znajdował się w przybliżeniu we właściwej odległości od skrzyżowania i od kapliczki.

Meta

Droga do mety była już prosta - od kapliczki w dół do bazy harcerskiej, a potem znów ulicami miasta. Oddałem kartę kilkanaście minut po pierwszej, mając jeszcze godzinę zapasu w podstawowym limicie. Jeszcze chwila rozmowy i komentowania tras, a potem spacerem do domu pod ciepły prysznic i do własnego łóżko - trudno było się oprzeć zaletom mieszkania w pobliżu bazy.
Sama trasa była dość ciekawa, choć spodziewałem się nieco większego poziomu trudności (ale tu znów na moją ocenę rzutuje znajomość terenu). Organizacja jak zwykle na imprezach SKPT była bardzo dobra, a przynajmniej ja nie miałem większych zastrzeżeń. Pogoda była bardzo dobra. Jakby trochę na złość budowniczym, którzy w czasie deszczowej jesieni przygotowywali trasy, uczestnicy wędrowali w mocno dodatniej jak na grudzień temperaturze, przy dość niewielkim zachmurzeniu i po względnie suchym lesie.
Do szkoły wróciłem rano, by obejrzeć wyniki. Po pewnych zmianach - wliczając w to nowe ustalenia odnośnie PK5 - mój wynik ustalił się na sześćdziesiąt punktów karnych: dwa razy po dwadzieścia pięć za stowarzysze (PK8 i PK14) i dziesięc za przebitkę (PK14). Obiektywnie wynik niezły, ale ambicje miałem na lepszy. Znane lasy okazały się nie być wystarczającą pomocą, choć dzięki nim na skrzyżowaniach nie traciłem dużo czasu na zastanawianie się nad właściwym kierunkiem. W obcym terenie pewnie zostałoby mi mniej czasu, ale pewnie byłbym też czujniejszy. To zresztą okaże się w przyszłości - już w marcu Manewry!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz