niedziela, 1 listopada 2015

Drogi i bezdroża mrocznego Sukkuba

O Sukkubie trochę słyszałem i czytałem, odkąd zacząłem startować w InO. Były to przeważnie pozytywne informacje o imprezie, a zwłaszcza jej klimacie. Kiedy więc pojawiła się okazja, by 24. października wziąć w niej udział, nie zastanawiałem się długo, tym bardziej że zarówno Wojtek, jak i Robert też chcieli wystartować. Jako nazwę naszej drużyny przybraliśmy skrótowiec BPP, oznaczający jedną z wojskowych formacji w świecie Wiedźmina, który był tematem przewodnim tej imprezy. Jeśli kogoś interesuje nietypowe rozwinięcie tego skrótu, zapraszam do lektury powieści i opowiań Andrzeja Sapkowskiego.
Organizatorzy - AKK Gdakk - zaproponowali trzy trasy o różnej długości i poziomie trudności: trudną T Mniejsze zło, bardzo trudną BT Ostatnie życzenie i ekstremalną E Granica możliwości. Pomni naszych wcześniejszych doświadczeń z Kaszubskiej Włóczęgi i Do Źródełka nie szaleliśmy z poziomem trudności i wybraliśmy pierwszą opcję. Gdakk w klimat imprezy wprowadzał uczestników już wcześniej, obok informacji organizacyjnych umieszczając na fanpejdżu imprezy parafrazy fragmentów opowieści o Wiedźminie, a także krótkie opisy tras. Tu pewnym zgrzytem dla mnie było wtrącenie do opisu naszej trasy Gandalfa z królem Arturem. Osobiście nic do nich nie mam, ale trochę nie pasowali mi do tematu przewodniego, podobnie jak zmiana płci Yennefer czy napisanie Gerald przez 'd' na końcu - niestety czasem takie rzeczy rzucają mi się w oczy. W bazie (którą była szkoła podstawowa przy ulicy Tatrzańskiej na gdyńskich Działkach Leśnych) w nastrój wprawiały świeczki i czerwone lampy, zresztą podobnie jak w punkcie żywieniowym ze stopczasem.
Do szkoły dotarliśmy chwilę po siedemnastej, a że nasz start był przewidziany na 17.36, mieliśmy chwilę czasu na formalności i przygotowanie się do drogi. O wyznaczonej godzinie pobraliśmy mapy i po ich szybkim przeglądzie ruszyliśmy w teren.



Z Działek Leśnych na Witomino

Pierwszy punkt kontrolny zaznaczony był na północ od witomińskiego cmentarza. Chwilę trwało, zanim znaleźliśmy jego płot (a przynajmniej jakiś płot), wzdłuż którego szliśmy. Znaleźliśmy lampion w miejscu, które odpowiadało nam zarówno względem układu alejek cmentarnych, jak i ukształtowania terenu, i spisaliśmy go z pełnym przekonaniem. Odkryty kilkadziesiąt metrów dalej kolejny lampion uznaliśmy za stowarzysza. Mogło jednak być odwrotnie - za PK 1 dostaliśmy 25 punktów karnych, czyli był to stowarzysz. Ciekaw jestem wzorcówki.
(15.11.15) Okazało się, że we wstępnych wynikach była literówka i PK 1 oznaczyliśmy prawidłowo.
Dalej ruszyliśmy "skrótem" przez cmentarz, aby zaatakować PK 2 od strony ulicy Witomińskiej. Prawie nam się udało, tylko że w oczekiwanym miejscu nie było żadnego lampionu. Po przejściu do skrzyżowania na południe i powrocie w celu ponownego zorientowania się uzyskaliśmy podobny wynik, z tym że tym razem znaleźliśmy lampion. Wisiał on jednak na szczycie wzgórza, czyli zdecydowanie za wysoko i za daleko od drogi. Po krótkim wahaniu i z pewnymi wątpliwościami zdecydowaliśmy się go spisać, jednak podobnie jak jak jedynka, został on nam zaliczony jako stowarzyszony.
(15.11.15) Tutaj nasza decyzja była błędna - lampion nie został prawidłowo umieszczony i jako prawidłowy liczono zapis BPK.
Z PK 3 sytuacja była podobna - w żaden sposób nie mogliśmy znaleźć lampionu w oczekiwanym przez nas, a namierzanym z dwóch stron miejscu. Dopiero po cofnięciu się kilkadziesiąt metrów odkryłem cel na drzewie tuż przy drodze, choć oczywiście po przeciwnej stronie pnia.
Za to LOPka nie sprawiła nam wiele problemu - uznaliśmy, że została poprowadzona północną skarpą zaznaczonego na mapie wąwozu. Przy niektórych punktach mieliśmy wątpliwości, ale wybraliśmy cztery najbardziej nam pasujące. Z dyskusji w komentarzach do wyników na sukkubowym fanpejdżu wnioskuję jednak, że sprzyjało nam trochę szczęście, któremu dopomogło wchodzenie do wąwozu od wschodu, a nie od zachodu, co mogło przytrafić się na trudniejszych trasach, z którymi ten odcinek mieliśmy wspólny.
Czwórka już takich problemów nie sprawiała, choć niewiele brakowało, a przeszlibyśmy obok niej. Na szczęście Wojtek czuwał.


Chwarzno

Do PK 5 chcieliśmy dojść od północy, od skrzyżowania oznaczonego wysokością 122. Gdzieś jednak umknęło nam właściwe rozwidlenie i nieco szybciej doszliśmy do ulicy Chwarznieńskiej, nie było to jednak żadną przeszkodą w znalezieniu pierwszego z trzech punktów terenowych na naszej trasie. Tutaj zamiast wieszać lampion, organizatorzy wykorzystali istniejącą tabliczkę, a my zamiast kodu lampionu czy perforacji mieliśmy wpisać sumę widniejących na niej liczb.
Więcej zabawy było z odnalezieniem szóstego PK. Przez długi czas szukaliśmy właściwego miejsca - Robert z Wojtkiem od góry, a ja dnem dolinki. Ostatecznie Robert w końcu dostrzegł nisko wiszący lampion na początku wąwozu. Pod tym względem zgadzało się to z mapą i dlatego go spisaliśmy, choć był nieco dalej od duktu, niż się tego spodziewałem. Z tego, czego dowiedzieliśmy w bazie i z wyników wnioskuję, że pewna ilość drużyn bardziej trzymała się tej odległości.
Dla odmiany znalezienie PK 7 znów po północnej stronie Chwarzna nie było żadnym problemem. Większą trudność sprawiło nam dołączone do niego zadanie: podanie nazwiska kompozytora lub tytułu utworu lecącego z przyczepionego pod lampionem ipoda. Z pewnym wahaniem zdecydowaliśmy się na Mozarta, słusznie jak się okazało.


Obwodnica i Demptowo

Znajdująca się już po drugiej stronie obwodnicy ósemka była kolejnym punktem terenowym. Tym razem celem było spisanie kodu z pomarańczowego słupka. Niespodziewanie takich słupków stało tam (i dalej zresztą też) kilka. Na szczęście na wszystkich był ten sam kod, dzięki czemu nie musieliśmy wybierać prawidłowego.
Tu musieliśmy też podjąć trudną decyzję o rezygnacji z PK 9 i 10. Z wykorzystanego już czasu wynikało, że ich zdobywanie groziło nam przekroczeniem nie tylko limitu podstawowego, ale też limitu spóźnień, a w tej sytuacji uznaliśmy, że możemy nawet zaryzykować, że na jednym z nich lub na obu znajdą się zadania warte 40 lub 60 punktów. Ruszyliśmy więc na północ, trzymając się względnie niedaleko od trójmiejskiej obwodnicy.
Przy węźle obwodnicy z Trasą Kwiatkowskiego czekała na nas kolejna Linia Obowiązkowego Przejścia, tym razem złożona z dwóch punktów ukrytych wewnątrz wielkiej rury przepustu. Ciekawe urozmaicenie trasy i wykorzystanie dostępnych obiektów.



PK 11 postanowiliśmy zaatakować od wiaduktu obwodnicy koło Demptowa, a właściwie z prowadzącej od niego leśnej drogi. Kolejna góra dała się odczuć w nogach, ale na szczycie znów niepewna sytuacja - na szczycie, który uznaliśmy za właściwy, były tylko drzewa, za to na kolejnym nieco dalej na południe był też lampion, którego jednak po krótkiej dyskusji uznaliśmy za stowarzysza. Znalezienie drugiego - prawidłowego - znów wymagało trochę czasu, choć ja dopiero analizując mapę w lepszym świetle przy pisaniu niniejszego tekstu wyzbyłem wątpliwości co do słuszności tej decyzji.
(15.11.15) Wyzbycie się wątpliwości okazało się przedwczesne - literówka z PK 1 okazała się być brakującą jedynką z PK 11. I wszystko zaczęło się zgadzać :P
Zeszliśmy z góry i pod wiaduktem przeszliśmy do Demptowa, rozmawiając o chęci na małe piwo. Ku naszemu zaskoczeniu natrafiliśmy na sklep całodobowy. Szkoda, że niektóre punkty kontrolne tak się nam nie ujawniały.
Z Demptowa nasza trasa wiodła dalej na wschód, niestety pod górę, do upragnionego Punktu Żywieniowego przy PK 12, gdzie dotarliśmy dwadzieścia kilka minut przed północą.



Ponad Leszczynkami i Grabówkiem

Punkt Żywieniowy razem z lampionem PK 12 umieszczono w leśnej wiacie wypoczynkowej. Jak wspomniałem, oświetlony był świeczkami. Kalorycznym posiłkiem były pączki, które po sporej ilości przebytych kilometrów były całkiem zjadliwe. Dostępne były też gorące napoje z nieco szerszą niż typowa gamą dodatków. Półgodzinny odpoczynek wraz ze spadającą w nocy temperaturą spowodował jednak lekki spadek entuzjazmu, a przede wszystkim zwiększał odczucie chłodu. Na szczęście jedno i drugie zaczęło mijać po przebyciu pewnego dystansu.


Od wiaty i kładki nad Trasą Kwiatkowskiego z otwierającym się widokiem na Leszczynki i Obłuże wkroczyliśmy na teren, który częściowo znałem z jednej z wcześniejszych wędrówek. Przykładowo, oprócz PK 12 kojarzyłem opuszczone baraki dawnej jednostki wojskowej przy PK 13 (gdzie budowniczy umieścił drugie wiedźmińskie zadanie polegające na odnalezieniu tajemniczej bestii w pomieszczeniu z dziwnym czerwonym światłem) i pomnik leśników poległych w czasie II wojny światowej będący trzecim terenowym punktem kontrolnym oznaczonym jako PK 15. Nowym teren była dla mnie okolica PK 14. Niestety znaleziony tam przez nas lampion okazał się oznaczeniem punktu stowarzyszonego.



Ostatnie trzy punkty

PK 16 okazał się ostatnim punktem zadaniowym, wartym najwięcej, bo sześćdziesiąt punktów karnych w razie niewykonania zadania, polegającego na podaniu prawidłowej sekwencji kolorów odblasków imitujących błędne ogniki, czyli dusze, które mamy uwolnić z bagien. Ogniki te ciągnęły na dość sporej odległości, w związku z czym uważam, że to zadanie było warte swojej ceny.
PK 17 to kolejna góra i lampion umieszczony nie na drzewie, a na pozostałym po nim pniaku. Aby dojść do ostatniego z osiemnastu numerowanych punktów kontrolnych, musieliśmy ponownie minąć witomiński cmentarz oraz szkołę będącą bazą imprezy, a następnie wejść w zagajnik pomiędzy zabudowaniami Działek Leśnych. W zagajniku minęliśmy przepompownię PEWiKu i zebraliśmy pierwszy lampion, który spotkaliśmy, co później okazało się błędem - właściwy PK był jeszcze kawałek na wschód. Na sam koniec brakowało nam już po prostu czujności.



Meta

Do szkoły dotarliśmy kilka minut po trzeciej rano czasu letniego, czyli chwilę po drugiej, jeśli liczyć czas zimowy. Przekroczyliśmy podstawowy limit czasu o osiemdziesiąt dwie minuty, co w połączeniu z czterema punktami stowarzyszonymi, dwoma brakami i jednym błędnym opisem dało wynik wynoszący 372 punkty karne i siódme miejsce na czterdzieści sześć klasyfikowanych drużyn. Wynik ten jest dla nas satysfakcjonujący. Udało nam się przejść o wiele lepiej niż na poprzednich imprezach o takim dystansie, co było efektem zwiększonej czujności w kwestii dystansu i (zwłaszcza) kierunku marszu, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się kilku błędów. Nocne warunki nie sprzyjały robieniu zdjęć, toteż nie ma ich zbyt wiele. Ich autorem jest Robert.
Budowniczego (pomimo wątpliwości co do lokalizacji niektórych punktów) muszę pochwalić za urozmaiconą i wymagającą trasę, a samą imprezę za organizację, świetny klimat i oczywiście za pyszny żurek. Z pewnością będę chciał tu wrócić w przyszłym roku!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz