wtorek, 24 marca 2015

Drogi i bezdroża Manewrów SKPT

W sobotni poranek jedną z pierwszych moich czynności było sprawdzenie lokalizacji Manewrów SKPT, jak zwykle podawanej dopiero w dniu imprezy. Ku mojemu i Roberta zaskoczeniu okazało się, że bazą będzie Samorządowe Gimnazjum w Bolszewie, którego uczniem był Robert. Z tego wynikało, że terenem, na którym będziemy szukać lampionów, będą względnie dobrze mu znane lasy koło Góry lub fragment Puszczy Darżlubskiej na północ od Wejherowa, który z kolei ja kojarzę nieco lepiej. Jak się okazało, punkty kontrolne naszej trasy MT Lampiony do świątecznego ubrania mieściły się w tej pierwszej opcji, choć nocne warunki i odrobina śniegu trochę utrudniły nawigację i rozpoznawanie terenu, który mógłby wydawać się znajomy, a jednak okazywał się być oddalony od spodziewanego o dobre kilka kilometrów. Niemniej, jakoś udało nam się trasę przejść i to w dodatku z dużym zapasem czasowym. Ale po kolei.
Prognozy pogody zapowiadały zimną noc i padający (przynajmniej wieczorem) śnieg, zresztą organizatorzy również o tym uprzedzali. Śniegu faktycznie trochę spadło, jednak w trakcie marszu przez większość czasu niebo było tak czyste, że prawie można byłoby nawigować według gwiazd. Zimno jednak było przez całą noc, nawet jeśli w marszu się tego nie odczuwało, i ciepłe ubranie pokazało swoją przydatność.
Nieco przed dziewiętnastą dojechaliśmy do szkoły. Godzina zero została wyznaczona na 18.15, a nam przyznano siedemdziesiątą drugą minutę startową, czyli nasz start wypadł na 19.27. Wyszliśmy ze szkoły i ruszyliśmy w drogę. Poniżej mapa będąca elementem pakietu startowego.
PK 1
Już przy wyjściu ze szkoły pojawiły się wątpliwości, którędy skierować się do lasu - czy drogą, która według mapy była naprzeciwko szkoły, czy nieco dalej na północ tą twardszą drogą. Zdecydowaliśmy się na tę drugą, bezpieczniejszą opcję. Potem już łatwo - punkt na trzeciej przecince, w wyraźnym zagłębieniu terenu. Przy okazji na prostej przećwiczyliśmy mierzenie odległości parokrokami, z czego później kilka razy korzystaliśmy.
PK 2
Drugi punkt okazał się - przynajmniej dla nas - najbardziej czasochłonny. Po dojściu do tartaku skręciliśmy na zachód w głąb lasu i pod górkę, kontrolując odchodzące drogi i odległość, przynajmniej z początku. Potem coś zawiodło, a na dodatek zmyliły nas drogi, których na mapie nie ma. W efekcie byliśmy przekonani, że szukamy lampionu wokół właściwego skrzyżowania, a byliśmy jeszcze ponad sto metrów od niego, na łuku, o którym myśleliśmy, że już jest za nami. W końcu zdecydowaliśmy się sprawdzić, co jest dalej wzdłuż drogi prowadzącej w dół. Tam trafiliśmy na właściwe skrzyżowanie i sporą, nieco zabagnioną dziurę na zachód od niego, na której brzegu znaleźliśmy lampion. Ale też dopiero za drugim razem - wisiał na drzewie stroną odwróconą od drogi. Przy samej drodze był też lampion, ale słusznie uznaliśmy go za ewidentnego stowarzysza.
PK 3
Z trójką nie było aż tyle kłopotu, choć wahaliśmy się co do wyboru trasy dojścia. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na dojście do asfaltówki łączącej Górę z większą szosą, a potem tą szosą w kierunku Zamostnego. Następnie odrobinę męczący kawałek lasem pod górkę i wyszliśmy prosto na lampion. Ale że coś nam nie pasowało (Robert z mapy wnioskował, że punkt powinien być na wzniesieniu, a ten był na zboczu; ja szukałem punktu geodezyjnego, za który z trudem skłonny byłem uznać leśny słupek oddziałowy), poszliśmy kilkanaście metrów na południe i tam znaleźliśmy właściwy punkt kontrolny. Jak słyszałem, a także czytałem m. in. tutaj, ta pułapka była skuteczna nie tylko na naszej trasie.
PK 4
Czwarty punkt też nie przysporzył wiele problemu - kolejny kawałek szosą na Zamostne, a potem krótko na róg małego pola, będącego (jak nas poinformowała nieco wcześniej tablica) w przeszłości cmentarzem ewangelickim, zniszczonym podobnie jak wiele innych na Pomorzu (np. w Gdańsku czy Wejherowie) w latach pięćdziesiątych XXw. Pewnym utrudnieniem był fakt, że lampion za bardzo nie chciał trzymać się drzewa i kiedy tam dotarliśmy, leżał na ziemi, a do pnia przyczepiony był tylko jeden z wielu na punktach cytatów z Samych swoich. Wraz z drużynami, które przyszły po nas, próbowaliśmy ponownie przymocować tam lampion, choć nie wiem, z jakim skutkiem i na jak długo.
Budowniczy trasy umieścił też informację, że w pobliżu tego punktu jest skrzynka geocachingowa, ale na samym początku stwierdziliśmy, że jeśli nie jest punktowana, to sobie odpuścimy, zresztą jak już tam doszliśmy, to w ogóle o tym nie pamiętaliśmy. Ale może w przyszłości...
PK 5
Droga do ogniska przy piątym punkcie była w sumie łatwa - poza tym, że szła nieco pod górkę i poza niespodzianką w postaci płotu szkółki leśnej, który trzeba było obejść, żeby dostać się do otwartej bramy. Byliśmy tam tuż przed 22, udało się nam więc w końcu nadrobić czas stracony przy dwójce. Odpoczywaliśmy tam niecałe czterdzieści minut, posilając się przy tym kiełbaskami i herbatą. Mimo ogniska, przy wyruszaniu w dalszą drogę wyraźnie odczuwaliśmy chłód nocy i znów trzeba było się rozruszać dla rozgrzewki.
PK 6
Do szóstego punktu - według informacji umieszczonej na mapie znajdującego się przy skrzyżowaniu kanałów - zdecydowaliśmy się iść bezpiecznie drogami - najpierw na południe znowu wzdłuż ogrodzenia szkółki, potem na zachód i znowu na południe, w dół zbocza. Potem szliśmy wzdłuż łąki na wschód do rozwidlenia dróg, z którego chcieliśmy dotrzeć przez łąkę do celu. Ilość wody w tym miejscu zmusiła nas do cofnięcia się i skuteczniejszego poszukania dojścia do lampionu od północy. Jak się później dowiedzieliśmy, było to obarczone pewnym ryzykiem ze względu na umieszczoną gdzieś tam nieużywaną studnię (może zasypaną, a może nie) - tu chyba sprzyjało nam trochę szczęście, że na nią nie natrafiliśmy.
PK 7
Znad kanałów cofnęliśmy się na zachód, do miejsca gdzie doszliśmy do łąki, by tam skręcić na południe. Ale jakoś ominęliśmy dwie zaznaczone na mapie drogi czy ścieżki i kawałek dalej musieliśmy zejść w drogę zawracającą na wschód. Potem przez chwilę szliśmy granicą lasu i pola, mijając w pewnej odległości krzyż stojący przy miedzy na środku pola. W tym miejscu dotarliśmy do terenów, które Robert znał już dość dobrze, ale jego wiedza nie do końca pokrywała się z tym, co pokazywała mapa i potrzebowaliśmy krótkiej narady i analizy, by ustalić naszą aktualną pozycję, a także trasę dojścia do szosy na Zelewo, z której chcieliśmy atakować siódmy PK. Szosę opuściliśmy w miejscu na mapie zakrytym przez reklamę i dalej szliśmy dość krętą dróżką mniej więcej w kierunku wschodnim, i po jednym z zakrętów, gdzie droga biegła na północny wschód, zaczęliśmy się wspinać na górkę, gdzie powinien być lampion. Był on w dosyć trudno dostępnym miejscu, bo w gęstwinie młodych drzewek czy raczej póki co krzaków. Jeszcze upewniliśmy się, że to właściwy PK, sprawdzając ukształtowanie terenu i ruszyliśmy dalej.
PK 8
Znów dłuższy marsz granicą pola i lasu. Punkt ósmy znajdował się na kolejnym punkcie geodezyjnym (czy może, sądząc po oznaczeniu na mapie, punkcie osnowy geodezyjnej), ale znacznie wyraźniej oznaczonym w terenie, niż trójka, a w dodatku na rogu małego lasku. W związku z tym nie było problemu z jego zdobyciem.
PK 9
Dziewiątka wymagała od nas nieco więcej wysiłku. Po kolejnym odcinku granicą lasu i krótkim marszu drogą chcieliśmy skręcić w głąb lasu i iść ścieżką biegnącą czymś, co wyglądało nam na granicę kultur - po lewej mieliśmy gęsto rosnące iglaki, po prawej las był zdecydowanie rzadszy. Jednak po kilkudziesięciu metrach różnica się rozmyła i zdecydowaliśmy się na powrót do drogi i przejście nią na wschód do rozwidlenia i jeszcze trochę dalej, z liczeniem odległości parokrokami, a potem weszliśmy w las na azymut. Dość szybko trafiliśmy na lampion, ale był umieszczony w dole, a na mapie doły były na wschód od naszego PK9. Przebiliśmy się nieco na zachód do miejsca wyglądające na faktyczny narożnik granicy kultur i tam znaleźliśmy prawidłowy lampion.
PK 10
Dziesiąty PK znów był dość łatwy, chociaż droga odchodząca od gospodarstwa w kierunku punktu wydawała nam się krzyżować z wcześniejszą nieco za blisko zabudowań. W związku z tym uznaliśmy, że lepiej sprawdzić, czy gdzieś dalej na północ inna droga nie wchodzi w las, ale nie znaleźliśmy niczego i wróciliśmy do pierwotnego lampionu.
PK 11
Droga prowadząca do ostatniego punktu wydawała mi się bardziej kręta niż na mapie, ale generalnie poza tym wszystko się zgadzało, zarówno teren, jak i poprzeczne dróżki. Dla całkowitej pewności doszliśmy jeszcze do rozwidlenia w górnej części kółka otaczającego na mapie jedenasty PK i z niego zaczęliśmy wspinaczkę na ostatnią tej nocy górkę. Dotarłszy do lampionu urządziliśmy sobie krótki postój z herbatką. Zejść ze szczytu postanowiliśmy południowym zboczem, gdzie las wyglądał na nieco rzadszy. Potem został nam już tylko krótki spacerek do miejsca, gdzie wchodziliśmy do lasu. Do szkoły chcieliśmy wrócić drogą, której nie wybraliśmy na początku, ale okazała się przegrodzona bramą gospodarstwa, które musieliśmy obejść. W okolicach w pół do drugiej dotarliśmy do mety, gdzie nasze zaskoczenie wywołał opustoszały w porównaniu z wieczorem parking.
Podsumowanie
Całość trasy zajęła nam niespełna pięć i pół godziny (nie licząc przerwy na ognisko), więc od siódmego punktu kontrolnego sporo nadrobiliśmy - do pierwszego limitu zostało nam ponad dziewięćdziesiąt minut. Byliśmy raczej pewni, że znaleźliśmy wszystkie prawidłowe punkty kontrolne. Niewielkie wątpliwości mieliśmy tylko do siódemki i czwórki, ale kiedy rano przyjechaliśmy na ogłoszenie wyników, okazało się, że niepotrzebnie. Jako jedna z pięciu drużyn trasy MT przeszliśmy bezbłędnie, zajmując pierwsze miejsce ex aequo z pozostałymi czterema zespołami.
Budowniczy trasy przy rozdaniu nagród uznał, że skoro było aż tyle pierwszych miejsc, to było za łatwo. Może to i racja - po wszystkim też odnoszę wrażenie, że było łatwiej, niż na Darżlubie, i odczuwam lekki niedosyt, ale z drugiej strony było wszystko - kilka punktów stowarzyszonych (w tym jeden naprawdę groźny), górki (podejścia i zejścia), umiarkowanie gęste chaszcze - więc jak na trasę MT wydaje mi się ok, może jedynie limit czasu był trochę za długi. Może też słowne opisy punktów za bardzo ułatwiły nam przejście. A może po prostu czas już przejść na wyższy poziom trudności - i tak pewnie zrobimy z Robertem następnym razem.
Znajomość terenu też nie okazała się tak dobra, by pomóc - właściwie nie przydała się specjalnie, może poza dojściem do siódmego punktu kontrolnego. Większość trasy i tak nawigowaliśmy według mapy, więc i tam w końcu byśmy do szosy dotarli, też prawdopodobnie bez większych kłopotów. Okazało się też, jak stwierdził Robert, że trochę czym innym jest znajomość terenu, a czym innym przełożenie tej znajomości na mapę.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz