wtorek, 25 sierpnia 2015

Drogi i bezdroża III Rajdu Rowerowego w Leśniewie

Moje przewidywania odnośnie obszaru zmagań na Rajdzie w Leśniewie okazały się nie być zbyt trafne. Zresztą spodziewane problemy z kolanem i tylnym kołem w rowerze, czy zmęczeniem po spływie kajakowym też nie były aż takie, jak się obawiałem. Pojawiły się za to inne, bardziej rzutujące na mój przeciętny wynik.
Co ciekawe, kilka osób wspomniało, że czytało mojego bloga. Nawet zwycięzca stwierdził, że moja relacja z kwietniowego rajdu pomogła mu poprawić błędy i dziś lepiej pojechać. Wniosek z tego taki, że powinienem też swojego bloga poczytać przed startem. A jak przeczytałem teraz, to aż się zdziwiłem, ile literówek przeoczyłem...



Dojazd do Leśniewa

Podobnie jak poprzednio, pierwszym wyzwaniem było dotarcie na start o czasie. Z różnych przyczyn wyjazd z domu trochę mi się opóźnił, a na dodatek już po pięćdziesięciu metrach zmuszony byłem wyjąć pękniętą i hałasującą szprychę. Przed samym wyjazdem poluzowałem też tylne hamulce, żeby nie utrudniały jazdy szorowaniem o obręcz krzywego koła.
Tym razem na dojazd wybrałem trasę przez wejherowską ul. Chopina, Kąpino i czarną drogę do Muzy. Ogólnie była to trasa względnie łatwa, a kolano nie dokuczało prawie wcale, jednak dla oszczędzenia sił, kolana i roweru w dwóch miejscach rower podprowadzałem - na górce przed Kąpinem i na piaszczysto-kamienistej dróżce przed samym Leśniewem.



Początek trasy

Do Leśniewa przybyłem na kilka minut przed odprawą, na której Damian Lanc jak zwykle pokrótce omówił obowiązujące zasady, a także zwracał uwagę na nietypowe punkty kontrolne, o których wspomnę później. Zalecał też korzystanie ze ścieżki rowerowej po dawnej linii kolejowej Gnieżdżewo-Krokowa, zamiast ogólnodostępnych dróg z ruchem samochodowym.
Tym razem mapę dostawaliśmy kilka minut przed startem i mogliśmy się jej przyjrzeć. Nie planowałem od razu trasy, ale rzuciły mi się w oczy grupki punktów: cztery w okolicach Mechowa, kilka w rejonie Werblinii, parę na krawędzi Puckich Błot, dwa w Gnieżdżewie i kilka jeszcze rozrzuconych po całej mapie. Sporą część trasy zastanawiałem się, jak je optymalnie połączyć, ale do właściwych wniosków doszedłem zdecydowanie zbyt późno.
Wziąłem też ze sobą aparat fotograficzny, więc zrobiłem też kilka zdjęć na trasie. Niektóre pojawiły się potem w relacjach z rajdu na portalach 24kaszuby.pl i trojmiasto.pl.
Nie zjawił się zwycięzca kwietniowej edycji, leśniczy z Kąpina, ani zdobywcy drugiego miejsca, Perła Team, liczyłem więc na dobrą pozycję, podobnie jak Mikołaj i Adrian, z którymi jechałem kawałek w kwietniu. Jak się okazało, ich start był tym razem o wiele bardziej udany od mojego.
Startując o 13.05 wziąłem kurs na Domatowo, przed którym znajdował się najbliższy punkt kontrolny, oznaczony numerem 12. I znów, podobnie jak w kwietniu, miałem problem ze znalezieniem właściwego skrętu z głównej drogi (jednym z powodów było znaczące zwiększenie zalesienia w stosunku do mapy z lat siedemdziesiątych). I podobnie jak wtedy, na początek zebrałem punkt stowarzyszony położony kilkadziesiąt metrów na wschód od właściwego - ale to oczywiście okazało się dopiero na mecie.

Puszcza Darżlubska: PK 14, 9, 19, 1

Następnych kilka punktów Damian umieścił na terenie Puszczy Darżlubskiej, pomiędzy Domatowem a Starzynem i Werblinią. Na tym odcinku często mijałem się spotykałem przy punktach z drużyną Kompas został w domu, czasem będąc przed nimi, a czasem za nimi.
Na początek miał być PK 14, położony nieco na północ od leśnej drogi, na granicy kultur obok mokradeł. Znaleziony lampion faktycznie miał po zachodniej stronie bagienko, nie sprawdziłem jednak dokładnie jego lokalizacji, zwłaszcza że mój kompas też został w domu i znów orientowałem się według słońca. Efektem był kolejny stowarzysz.
PK 9 też miał obok siebie punkt stowarzyszony - oba wisiały przy drodze w odstępie może dwudziestu metrów. Prawidłowy powinien wisieć przy skrzyżowaniu, które jednak najwidoczniej zarosło, bo bezpośrednio przy żadnym z lampionów nie było odchodzącej drogi. Ostatecznie decyzja padła na punkt wschodni - tym razem słusznie.
Mimo że wschodnia część mapy miała być aktualna na rok 2000, to chyba nie uaktualniono wtedy granicy lasów, bo w okolicy PK 19 znów pojawił się dodatkowy teren zalesiony, wyglądający na trochę starszy niż piętnaście lat. Efektem było znów krążenie w pobliżu granicy lasu i pola. Dopiero gdy uznałem, że szukam zbyt blisko leśnego "narożnika", zdecydowałem się wjechać głębiej w las. Tam napotkałem wreszcie lampion, którego kod spisałem, i drugi, który zignorowałem. Jak się okazało, powinienem zrobić odwrotnie. Na dodatek wydostanie się z tamtego rejonu na leśną drogę wymagało przebijania się przez chaszcze i błota, których nie spodziewałem się, biorąc pod uwagę panujące od dłuższego czasu upały.
Swoistym przejściem z Puszczy Darżlubskiej do obszaru wiejsko-polno-łąkowego był PK 1, położony pod linią energetyczną w dolinie strumienia. Dotarcie do niego z kolei wymagało zejścia ze skarpy i przejściu po stercie gałęzi pozostałych po oczyszczaniu terenu pod linią, aż się zirytowałem, że ten PK jest warty tylko jeden punkt wagowy. Poniżej zdjęcia lampionu, a także koryta wyschniętego już strumienia.



Werblinia i Starzyński Dwór: PK 18, 15, 6, 3

To już był miejsce, w którym - jeśli ktoś jak ja nie zrobił tego wcześniej - trzeba było podjąć decyzję co do dalszej trasy. W tym momencie uznałem, że najlepiej będzie zdobyć punkty w Starzyńskim Dworze (18) i Werblinii (kolejno 15, 6 i 3) i przez Puckie Błota przedostać się z trójki na PK 11 i pozostałe punkty na Kępie Swarzewskiej. Jak się okazało, nie była to najlepsza decyzja.
Już na początku, od PK 1 miałem pecha, bo przez polne drogi musiałem jechać powoli za kombajnem rolniczym, podobnie jak kawałek DW 213. Potem, kiedy już zjechałem z szosy na kolejną kamienisto-żwirową śródpolną drogę, mój rower zaczął wydawać dziwne odgłosy. Jechałem dalej, przekonany że to ósemka na tylnym kole daje o sobie znać na niewygodnej nawierzchni, aż do samego PK 18 umieszczonego przy grobowcu rodziny von Grass, dawnych właścicieli Starzyńskiego Dworu.



Przyczynę dziwnych dźwięków odkryłem kilkaset metrów dalej, a ku mojemu zaskoczeniu okazał się nią być flak w przednim kole... Jeszcze nie bardzo zrażony napompowałem dętkę i pojechałem dalej, ze świadomością, że co kilka kilometrów będę musiał tę czynność powtarzać.
Przy PK 15 najpierw znalazłem stowarzysza przy drodze na drugą stronę Błot (ale coś mnie tknęło i go nie spisałem), a dopiero potem właściwy punkt przy ślepej drodze trochę na wschód.
PK 6 był łatwy przy polnej drodze. PK 3 mimo obecności stowarzysza też nie sprawił problemu, a już na pewno nie tyle, co dojazd do niego - z szóstki zdecydowałem się jechać nie przez pole, a krótszą drogą przez lasek, co zaowocowało przebijaniem się przez na wpół zarośniętą dróżkę i bliskimi spotkaniami z wieloma pokrzywami.
Za to już za trójką pojawił się problem, który zaważył na moim nienadzwyczajnym wyniku. Licząc na zaznaczoną na mapie drogę przez Puckie Błota miałem zamiar tamtędy przejechać bezpośrednio pod PK 11. Nie znalazłem jednak wystarczająco przejezdnej przeprawy (jak choćby takie, które kojarzę z Mościch Błot i innych podobnych pociętych kanałami równin, które miałem okazję odwiedzić), a trasa, którą spróbowałem przejść prowadząc rower, zakończyła się w połowie drogi kanałem (być może była to rzeczka Płutnica) dość wąskim, by dało się go przeskoczyć, jednak zdecydowanie za szerokim, by próbować tego z rowerem. A na kąpiel mimo upału nie miałem jakoś ochoty. Nie chciałem też sprawdzać innych przepraw w tym miejscu, choć podejrzewałem, że co najmniej jedną dałoby się przejechać. Późniejsza analiza trasy w połączeniu ze zdjęciem satelitarnym potwierdziła, że nie próbowałem we właściwym miejscu, ale też to, że w tym właściwym jakość przeprawy też nie była rewelacyjna. Nie wiem, czy inne drużyny przedarły się tamtędy - widziałem jedną, która próbowała. Tak czy siak, ja zdecydowałem się nadłożyć kilka kilometrów i wrócić do pewnej drogi prowadzącej od stowarzysza przy PK 15.



Łebcz i Gnieżdżewo: PK 16, 7, 11, 5

Z piętnastki na szesnastkę dojechałem wyłożoną z płyt jumbo drogą. PK 16 również miał przy sobie punkty stowarzyszone, nie miałem jednak wątpliwości, że prawidłowym lampionem jest ten przy drugim kanale licząc od zakrętu. Skręcając w drogę wiodącą brzegiem Puckich Błot, minąłem kilka drużyn, które najwyraźniej zdążyły już objechać najdalsze punkty, w tym Młode Wilki, czyli m. in. Mikołaja. Widząc malejące szanse na sukces, powoli zaczynałem przestawiać się z wyścigu na wyprawę krajoznawczą.
Więcej wątpliwości miałem przy siódemce, gdzie sytuacja była podobna do tej z PK 9. Różnica była taka, że tu przy przy jednym z lampionów była jakaś droga, tylko nie pod właściwym kątem do tej, którą jechałem. Wybrałem więc drugi punkt wiszący na narożniku płotu i była to słuszna decyzja.
PK 11 był samotnym lampionem w otoczeniu wież elektrowni wiatrowych. Nie sprawił wiele kłopotu, chociaż nie udało mi się podjechać całej górki pod niego. Bardziej męczący był jednak dojazd do Gnieżdżewa, ponieważ na własnej skórze odczułem, dlaczego właśnie w tym rejonie postawiono tyle wiatraków.
W Gnieżdżewie spisałem PK 5 - nietypowy, bo złożony z samej kredki zawieszonej na słupie telegraficznym, a jego kodem miały być pierwsze litery nazw ulic, przy którym stoi. Kupiłem też wodę, bo zabrane z domu dwa litry okazały się być zbyt małą ilością. Zmęczony zrobiłem sobie też odpoczynek na przystanku przy początku ścieżki rowerowej do Krokowy. Zjadłem też trochę, bo już od dobrych kilku kilometrów byłem coraz bardziej głodny. Przy posiłku na spokojnie analizowałem też dotychczasową trasę, dalszą drogę i potencjalnie optymalny wariant, jaki powinienem wybrać na początku. Analiza nie wyszła zbyt korzystnie...

Tak planowałem jechać:


Tak jechałem:


A taką trasę uważam za optymalną:


Z Gnieżdżewa do Zdrady: PK 17 i 20

Z analizy wyszło mi też, że albo zrezygnuję z PK 10, albo od razu spod niego będę musiał wracać do Leśniewa - zostały mi już tylko dwie godziny, a czas był tu dużo ważniejszy, niż na większości pieszych InO - pięć minut spóźnienia to już utrata tylu punktów, co najbardziej wartościowy PK. Wziąłem więc tylko względnie niedaleki, położony za poletkiem buraków PK 17, który był wart cztery punkty wagowe.



Dalej pojechałem do Zdrady nieco okrężną, ale chyba najszybszą drogą, choć późniejsza analiza w domu pokazała, że wariant przez Łebcz i PK 10 nie byłby wiele dłuższy. Moja trasa wiodła z Gnieżdżewa w kierunku Pucka przez DW 216, gdzie bez problemu mijałem samochody powoli toczące się w korku w stronę Redy. Zrobiłem też już któryś kolejny przystanek na pompowanie koła, tym razem na parkingu nad Zatoką Pucką.



Nieco dalej, już za Połczynem, a jeszcze przed Zdradą, nie mogłem się powstrzymać przed uwiecznieniem bocianów szukających pożywienia za pracującym na polu kombajnem.



W samej Zdradzie znalezienie właściwego miejsca nie było problemem, choć uwaga o obiekcie wystającym ponad horyzont, wygłoszona przez Damiana podczas odprawy, wydawała się przesadzona w stosunku do tego, co zobaczyłem. A zobaczyłem pozostałości komina. Jak powiedział przechodzący obok gospodarz, był to komin nieistniejącej już cegielni. Dodał, że został on nie tak dawno przewrócony przez drzewa podczas silnych wiatrów, a same drzewa z kolei zostały usunięte w celu zrobienia miejsca pod parking dla stojącej w sąsiedztwie fabryki.



Mechowo i powrót do Leśniewa: PK 4 i 13

Do Mechowa droga była prosta. PK 4 znalazłem trochę za Grotami będącymi jedną z dwóch głównych atrakcji tej miejscowości. Z punktów oznaczonych ósemką i dwójką zrezygnowałem, choć na mecie okazało się, że miałbym na to jeszcze kilkanaście minut. Nie miałem już jednak siły pedałować do tego stopnia, że od granic zabudowań Mechowa do samego PK 13 (ostatniego zebranego przeze mnie) rower prowadziłem, zamiast na nim jechać. Dopiero od tego miejsca ruszyłem trochę szybciej, zwłaszcza już po zjechaniu na asfaltową szosę.



Podsumowanie

Na metę dotarłem o 18:52, czyli zostało mi jeszcze trzynaście minut. Czasowo był to najsłabszy wynik (5:47), pozostali zawodnicy osiągali czasy od 3:24 do 5:07, co oczywiście nie oznacza, że najszybsi byli najlepsi. Punktowo również nie osiągnąłem najlepszego wyniku - zaledwie 48 punktów wagowych na 60 możliwych, przy 56 punktach zwycięzcy.
Tym razem zawiodło przede wszystkim planowanie trasy - i to jest jeden z powodów, dla których być może we wrześniu wybiorę się na Krzaczora: żeby poćwiczyć planowanie trasy. Na to nałożyła się nieudana próba przejścia przez Puckie Błota. Tu nie jestem pewien, czy to zbytnia ufność w mapę, czy brak dobrze wymierzonego dystansu, czy zwykły pech, ale gdybym od początku lepiej nakreślił przejazd, nie miałbym tego problemu.



Powrót do Wejherowa

Po rozdaniu nagród i dyplomów pozostał jeszcze powrót do Wejherowa. Tym razem szosą krokowską (DW 218), a od Jeziora Stobór ścieżką rowerową. Oczywiście nie zabrakło przestojów na krótki odpoczynek, uzupełnienie płynów w organizmie i pompowanie koła...



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz