niedziela, 21 października 2018

MnO Urwisko: Pustki Cisowskie i Marszewo

Urwisko było moim pierwszym marszem na orientację po kilkumiesięcznej przerwie. Postanowiłem skorzystać z ładnej pogody i pójść połazić po lesie za lampionami. I w sumie do łażenia ten start się sprowadził w moim przypadku...
Terenem rywalizacji były lasy Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego w okolicy Pustek Cisowskich i Marszewa, a bazą wiata niedaleko drogi z Chyloni do Łężyc. Był to dla mnie nowy teren, bo choć samą szosę znam, to w tamtejszych lasach byłem tylko raz, w zamierzchłych, jeszcze studencko-kawalerskich czasach.
Pogoda, jak już wspomniałem, była bardzo ładna jak na październik, i to na tyle, że mogłem swobodnie wypróbować niedawno odebrany z serwisu rower, dojeżdżając na start z przystanku SKM przez Cisową, a później ścieżką rowerową za marketem Tesco i przez właściwe Pustki Cisowskie. Rower sprawdził się nieźle, moja kondycja (zwłaszcza kolano...) trochę gorzej, ale to już inna sprawa.


Urwisko

O samym Urwisku spotykałem raczej pozytywne komentarze, zazwyczaj podkreślające wysoki poziom trudności tej imprezy. Niestety, nie poświęciłem wiele czasu na przygotowania: z piosenek zespołu Po prostu przesłuchałem kilka i to raczej pobieżnie, nie analizowałem zbyt dokładnie map z poprzednich edycji, nie sprawdziłem terenu na Geoportalu, a przygotowanie fizyczne zostawię bez komentarza, podobnie jak powyżej. Można by prawie powiedzieć, że przyszedłem z ulicy i pierwszy raz startuję. Nie skojarzyłem nawet pytania o stację kolejową wartego dziesięć punkt z wpisem o Bąku, który pojawił się na stronie imprezy kilka dni wcześniej (a który czytałem...).
Poziom trudności faktycznie był dosyć wysoki. Na wybranej przeze mnie trasie TU Madona+Dżakson=Prins były dwa główne źródła tej trudności. Pierwszym były cztery kółka o skali nieco zwiększonej w porównaniu z resztą mapy, które trzeba było gdzieś dopasować. Każde zawierało jeden punkt kontrolny, a ja mimo prób dopasowania dwóch, nie trafiłem żadnego. Drugim problemem - zresztą chyba nieco większym, jeśli wziąć pod uwagę moje podejście do nawigacji - było odizolowanie od siebie na mapie poszczególnych fragmentów rzeźby terenu z pozostałymi szesnastoma punktami kontrolnymi. Wymagało to cierpliwego i zdyscyplinowanego marszu na azymut z kontrolą kierunku i liczeniem odległości na dystansach od dwustu do pięciuset metrów. A jak stali czytelnicy wiedzą, cierpliwy może i jestem, ale z dyscypliną u mnie nie najlepiej.
Zacząłem nawet nieźle: umiarkowanie łatwo znalazłem PK19, jeden z dwóch umieszczonych po północnej stronie ulicy Marszewskiej. Z drugim, PK18, było już trochę trudniej, bo trzeba było trafić na azymut czterysta metrów. Idąc drogą nie trafiłem z azymutem i dystansu pilnowałem na oko, więc punktu szukałem na kilku sąsiadujących wzgórzach, aż znalazłem ten pasujący do mapy, a niedaleko niego stowarzysza.
Po powrocie na południową stronę Marszewskiej jeszcze w miarę łatwo dotarłem na PK8 (jeszcze było od czego się namierzać na stosunkowo niewielkiej odległości, a i punkt dosyć charakterystyczny). Potem już tak dobrze nie było. Próbowałem dopasować dwa z napotkanych lampionów do punktów z kółek (PK6 i PK11), ale efektem były PM, czyli mylne. Znalazłem też coś, co całkiem nieźle pasowało na PK7, ale było tylko stowarzyszem.
Potem już tylko mniej więcej orientowałem się, w której części mapy się znajduję, ale to "mniej więcej" wystarczyło tylko na przedłużające się błądzenie i kolejny PM zamiast PK10, który spisałem, chociaż nigdzie nie widziałem zaznaczonego na mapie głazu narzutowego.
W tym momencie byłem już trochę zniechęcony do kontynuowania marszu, ale interesowała mnie jeszcze notatka o labiryncie przy PK1. Przeszedłem więc całą mapę ze wschodu na zachód, żeby się do niego dostać, zbierając po drodze prawidłowe PK9 i PK15 (w obu przypadkach po poprawce) oraz punkt stowarzyszony na PK5.


Leśny Ogród Botaniczny w Marszewie

PK1 rzeczywiście znajdował się w środku okrągłego, drewnianego labiryntu. Ale nie był on w tym miejscu jedynym ciekawym obiektem, a tylko jednym z wielu, ponieważ znajdował się na terenie ogólnodostępnej części Leśnego Ogrodu Botanicznego w Marszewie, należącego do Nadleśnictwa Gdańsk. Było tam więcej ciekawych rzeczy na ścieżce edukacyjnej, a także w zamkniętej części Ogrodu, np. makiety i figury owadów czy roślin. Za wykorzystanie tego punktu na wszystkich trasach i co za tym idzie promocję tego miejsca należą się dodatkowe brawa budowniczemu. Co prawda byłem świadomy istnienia takiego miejsca, ale krótka wizyta zachęciła mnie by tu wrócić z Młodym, najpewniej na wiosnę. Dodam jeszcze, że oprócz samego ogrodu, przez las pomiędzy nim a wiatą-bazą imprezy prowadzi ścieżka edukacyjna Szlak Wiewiórki, wzbogacona licznymi tablicami z informacjami na temat roślinności, zwierzyny czy gospodarki leśnej.


Powrót

Stamtąd wróciłem już bezpośrednio do bazy, gdzie oddałem kartę, mając jeszcze kilkanaście minut zapasu czasowego. Chwilę jeszcze wymienialiśmy uwagi z Mikołajem, który startował w kategorii TP (i wygrał, jak się okazało po sprawdzeniu położenia ichniego PK9 - gratulacje), po czym pojechałem rowerem w drogę powrotną. Tym razem wybrałem stację Rumia Janowo, a dotarłem do niej między innymi przez Pustki Cisowskie (ponownie) i podnóża Długiej Góry oddzielającej je od Cisowy. Z uwagi na niechęć do nadmiernego forsowania nie całkiem sprawnego kolana i niedawno naprawionego roweru nie pchałem się na jej grzbiet, jak w opisanych tutaj i tutaj wędrówkach. Ale i tak były miejsca, gdzie musiałem odpuścić jazdę i chwilę prowadzić rower.
Zatrzymałem się też na zakręcie leśnej drogi nad Cisową, skąd rozciągał się widok na północno-zachodnią część Gdyni i obrzeża Rumi. To miejsce też już tu opisywałem. A potem już do domu i odpoczynek.



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz