czwartek, 29 grudnia 2016

Z dala od kaszubskich szlaków: Góry Żytawskie

W założeniu blog miał traktować o moich wędrówkach drogami Kaszub. Głównie leśnymi, ale nie tylko. Co prawda z czasem tematyka trochę się rozszerzyła - przede wszystkim o relacje z imprez na orientację, ale w budowie ciągle jest kilka wpisów poświęconych mapom (od dawno ciągnęło mnie do kartografii). Ciągle jednak było to bardziej lokalne, w granicach Pomorza. Kiedy więc pojawiła się pierwsza od lat okazja wyjazdu w góry, początkowo nie planowałem jej tu opisywać, jednak po pewnym wahaniu (i za namową Darka, który wyjazd zaplanował i zorganizował) stwierdziłem: czemu nie. Oto więc relacja (a może bardziej fotoreportaż) z naszego wypadu w Góry Żytawskie w długi weekend przy Święcie Niepodległości.



Góry Żytawskie

Żytawa (niem. Zittau) jest założonym w XIII w. miastem na terenie Górnych Łużyc (obecnie część Niemiec, a konkretnie landu Saksonia). Czasy największej świetności przechodziła pod władzą Czech w XIV-XVI  należąc do Związku Sześciu Miast. Obecnie jest to miasto liczbą ludności podobne do Pruszcza Gdańskiego, Kościerzyny czy Redy. Oczywiście jest tam wiele zabytków, świadczących o jego bogatej historii, ale naszym podstawowym celem była nie sama Żytawa, ale pasmo górskie biorące od niej nazwę, czyli Góry Żytawskie (Zittauer Gebirge). Należą one do większego łańcucha Gór Łużyckich, stanowiącego zachodni kraniec naszych Sudetów. Przebiega przez nie granica niemiecko-czeska, ale i do polskiego Worka Turoszowskiego (czy szerzej - Dolnego Śląska) nie jest daleko: z samej Żytawy wystarczy przejść przez Nysę.
O ich charakterze stanowi zarówno bogata historia, która pozostawiła wiele zabytków z różnych epok - od średniowiecza po czasy współczesne - jak i skały, z których są zbudowane - mianowicie głównie z piaskowców z fragmentami bazaltu i fonolitu.
Dojazd w ten region nie jest specjalnie trudny, choć podróż z Pomorza wymaga kilku przesiadek. Sprawę ułatwia nieco regionalny bilet Euro-Nysa, umożliwiający jazdę na jednym całodziennym bilecie wieloma środkami komunikacji publicznej: miejskimi autobusami, tramwajami, kolejką wąskotorową czy regionalnymi liniami kolejowymi na całkiem sporym obszarze pogranicza polsko-czesko-niemieckiego (po polskiej stronie granicy obejmującego m. in. Bolesławiec czy Jelenią Górę).
Bliskość czeskich i polskich granic skutkowała też mnogością trójjęzycznych tabliczek z informacjami turystycznymi prawie na całym zwiedzanym przez nas obszarze. Oczywiście po niemiecku było najwięcej, ale nie było problemu z poszukiwaniem informacji pisanych w naszym języku, a porozumiewanie się werbalne łamanym niemieckim też nie okazało się specjalnie trudne. Z kolei po czeskiej stronie dało się porozumieć nawet jeśli każda ze stron mówiła w swoim języku, choć oczywiście wymagało to pewnej koncentracji.



Oybin

Punktem startowym naszej wyprawy (pomijając Żytawę) była miejscowość Kurort Oybin. W jej okolicy plan przygotowany przez Darka obejmował kilka miejsc do odwiedzenie, ale ze względu na dość długi pobyt w pierwszym liczba ta skurczyła się do trzech.
Na początek Burg und Kloster Oybin, czyli ruiny warownego klasztoru na wysokiej, piaskowcowej górze ponad miasteczkiem. Tutaj wrażenie robiły zarówno pozostałości budowli (nadal monumentalne), rozciągające się z nich widoki (i to pomimo mgły), jak i sama zbudowana z popękanego piaskowca góra. Klasztor zbudowano w średniowieczu i podobnie jak Żytawa i całe Łużyce z Czechami największą świetność przeżywał w XIV w. Uległ zniszczeniu w 1577 roku w pożarze wywołanym uderzeniem pioruna.
U stóp góry na niewielkiej pochyłości stoi późniejszy, głównie barokowy kościółek, częściowo wykuty w skale, z nietypowym układem galerii i bogatymi rzeźbieniami.



Hvozd

Ostatnim punktem tego dnia (poza noclegiem) była góra Hvozd, znana też z niemiecka jako Hochwald. Trasa na wierzchołek wiodła granicą czesko-niemiecką i przez długi czas oprócz oznakowań szlaku towarzyszyły nam słupy graniczne. Na szczycie zobaczyliśmy ponad stuletnią wieżę widokową, niestety zamkniętą, zapewne ze względu na porę roku albo pogodę - kiedy tam docieraliśmy, była już gęsta mgła i sypał śnieg - pod względem klimatyczno-pogodowym dało się zauważyć różnicę w wysokości pomiędzy Oybin a Hvozdem. Na drugim, południowym wierzchołku wypiliśmy po piwie w niemieckim schronisku. Obok stało kiedyś też czeskie po drugiej stronie granicy, ale spłonęło od błyskawicy w 1946r.
Z Hvozdu skierowaliśmy się na czeską stronę, gdzie po długich i męczących poszukiwaniach znaleźliśmy nocleg w Krompachu.



Jonsdorf - Skalne Miasto

Drugi dzień wyprawy to okolice Jonsdorfu i góra Luż. Z Krompachu skierowaliśmy się w stronę Jonsdorfu, ale niedługo po przekroczeniu granicy skręciliśmy na zachód, w lasy porastające Jonsdorfer Felsenstadt, czyli Skalne Miasto. Jest to kompleks piaskowcowych wzgórz z przebitkami bazaltu i fonolitu. Dwie cechy charakterystyczne tego rejonu to kamieniołomy oraz skały ostańcowe. Oprócz kilku większych szlaków są tu też mniejsze ścieżki turystyczno-edukacyjne. W kilku z kamieniołomów można zobaczyć ekspozycje pozostałości po wydobyciu lokalnego produktu eksportowego: fonolitowych kamieni młyńskich. Niektóre z nich to naprawdę wielkie i głębokie dziury. W połączeniu z licznymi skałkami tworzy to wyjątkowo malowniczy krajobraz. Wiele z formacji skalnych ma własne nazwy (np. Organy czy Lew Skalny), a wspinaczka na nie dostarcza niezapomnianych wrażeń i widoków.



Nonnenfelse

Skały Zakonnic to kolejny kompleks skalny również robiący spore wrażenie swoim rozmiarem i widokami ze szczytów. Na szczycie jest też ciekawie zbudowane schronisko - niestety, w czasie naszego pobytu było nieczynne.



Luż

Luż (po niemiecku Lausche) to najwyższy szczyt Gór Łużyckich. Był w naszym planie od początku, choć przez moment wahaliśmy się, czy warto go atakować. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na to schodząc z Nonnenfelse. Dotarcie do podnóża tej góry było dosyć łatwe, ale potem zrobiło się stromo i w połowie stoku zostawiliśmy plecaki przy stacji nieczynnego wyciągu, idąc dalej tylko z najpotrzebniejszymi i najcenniejszymi rzeczami.
Znów przez śnieżną i mglistą pogodę odczuliśmy różnicę wysokości z Oybin czy nawet Skalnym Miastem - na zboczach i szczycie Luża śniegu było sporo i nadal padał, a po zejściu widzieliśmy w niedalekiej odległości nadal zielone doliny. Ogólnie aura nam nie sprzyjała - podobnie jak na Hvoździe, z wierzchołka Lausche nie dało się zobaczyć nic leżącego dalej lub niż niż pięćdziesiąt metrów od nas, jeśli oczywiście nie liczyć morza mgły. A szkoda, bo według stojących tam tablic możliwe jest dostrzeżenie stamtąd odległej o prawie osiemdziesiąt kilometrów Śnieżki, nie mówiąc o bliższych obiektach. Zrobiliśmy więc kilka pamiątkowych fotek przy tabliczce z nazwą góry i po obejrzeniu ruin kolejnego spalonego przez piorun schroniska (jakaś plaga po prostu) zaczęliśmy schodzić z na dół.



Powrót

O naszym powrocie do Polski można by napisać małą epopeję, ale tu wspomnę tylko, że nie obyło się bez przygód i trudności wynikających częściowo z naszych błędów, a częściowo z okoliczności, na które wpływu nie mieliśmy. Tak czy siak, dotarliśmy o czasie do Wrocławia na nasz pociąg do Gdyni.
Muszę jeszcze wspomnieć o nietypowej architekturze tych okolic, na którą zwróciliśmy uwagę i w Krompachu, i w Jonsdorfie. Niektóre z budynków budziły w nas skojarzenia ze znanymi choćby na Żuławach domami podcieniowymi, co trochę mi nie pasowało ze względu na ich dopasowanie do terenów zalewowych na nadrzecznych nizinach i lądzie wydartym morzu - a gdzie coś takiego w górach? Dopiero pisząc ten tekst znalazłem informacje o tzw. domach łużyckich (znanych szerzej jako przysłupowe), charakterystycznych właśnie na ziemiach górnołużyckich, w części Dolnego Śląska i w północnych Czechach. Geneza takiego sposobu budowania jest inna niż naszych domów podcieniowych, a zainteresowanych odsyłam choćby do artykułu w Wikipedii.
Pomijając pewne niedogodności (zwłaszcza z noclegiem) muszę stwierdzić, że wyprawa należała do udanych i chętnie bym ją powtórzył. Dziękuję Darkowi za pomysł, plan i realizację, a także za zdjęcia (część umieszczonych jest jego autorstwa). Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że obejrzeliśmy Góry Łużyckie "po łebkach" i nie wiem, czy tradycyjny tygodniowy albo i dłuższy urlop nie byłby lepszym sposobem na obejrzenie wszystkiego, co warte jest tam obejrzenia. Ale pewnie i tego by nie starczyło, a poza tym kto ma tyle czasu na przyjemności...



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz