czwartek, 10 września 2015

Ścieżki, chaszcze i Krzaczory

Pierwszy weekend września postanowiłem poświęcić na ćwiczenia z planowania trasy, czyli z elementu, który tak mnie zawiódł w Leśniewie. W tym celu wziąłem udział w imprezie pod nazwą Krzaczor. Była to już trzecia jej edycja. Dla mnie było to ciekawe doświadczenie, bo pierwszy raz uczestniczyłem w rogainingu. Rajd w Leśniewie ma pewne cechy tego rodzaju imprezy, jednak dopiero na Krzaczorze spotkałem się z nią w pełnej postaci.
Dodatkowym argumentem była niewielka odległość od Wejherowa i możliwość sprawdzenia znajomości okolicznych lasów (albo też poprawienia tej znajomości) - bazą Krzaczora były podgniewowskie Młynki - dawniej leśna osada, a obecnie urokliwe miejsce wypoczynkowe w dolinie Cedronu. Do wybory były trzy rodzaje zmagań: dwie trasy piesze z limitem czasowym czterech i ośmiu godzin i rowerowa z limitem sześciogodzinnym. Czterogodzinna trasa piesza rozgrywała się w lasach wokół Gniewowa, Zbychowa i jeziora Wyspowo. Teren zmagań pozostałych dwóch tras był nieco szerszy i oprócz punktów kontrolnych wspólnych z najkrótszą sięgał na zachodzie Gowina i Sopieszyna, na południu Nowego Dworu Wejherowskiego z Pucką Górą, czyli najwyższym wzniesieniem w okolicy, a na północy i wschodzie miast Małego Trójmiasta Kaszubskiego, czyli Wejherowa, Redy i Rumi.

Krótko o zasadach

Organizatorzy Krzaczora jako rogainingu założyli, że uczestnik nie będzie w stanie znaleźć wszystkich punktów kontrolnych (rozmieszczono ich sześćdziesiąt, w tym trzydzieści siedem dla wszystkich tras łącznie z najkrótszą). Zdobycie poszczególnych PK nagradzane było punktami wagowymi w ilości od 3 do 9 w zależności od poziomu trudności i oddalenia danego PK od pozostałych. Nieopłacalne było spóźnianie się na metę - przekroczenie dostępnego czasu skutkowało utratą jednego punktu wagowego za każdą minutę ponad limit, a spóźnienie większe niż dwadzieścia minut oznaczało brak klasyfikacji. Wszystko to razem kładło duży nacisk na właściwe zaplanowanie trasy oraz szybką i precyzyjną realizację tego planu, by mieszcząc się w limicie czasowym znaleźć jak najwięcej jak najwyżej punktów kontrolnych.

Mapa i nasz plan

Ze względu na niewielkie doświadczenie w rogainingu, a także nadal dokuczające kolano, zdecydowałem się na najkrótszą opcję. Towarzyszył mi Mikołaj z Leśniewa, który również traktował ten start szkoleniowo, choć z trochę innymi celami. Po rozdaniu map był czas na zapoznanie się z nimi i wybór najlepszej opcji. Po krótkiej naradzie uznaliśmy, że najkorzystniej będzie wziąć czternaście punktów w północnej i północno-wschodniej części mapy. Droga trochę zweryfikowała nasze plany, ale tym za chwilę - najpierw parę słów o mapie. Mapa składała się z dwóch arkuszy - na jednym przedstawiono cały teatr zmagań w skali 1:25000, a na drugim zbliżenia poszczególnych PK w nieco dokładniejszej skali 1:10000, niektóre opatrzone dodatkowym komentarzem słownym. Zawartość mapy nie była modyfikowana, więc pod tym względem (pomijając aktualność map odpowiednio na lata 70-te i 90-te XXw.) nawigacja nie zapowiadała się trudno.
Poniżej PK przeniesione do mapy Google. Zielona flaga to polana na Młynkach, pomarańczowe to nasz oryginalny plan, a fioletowymi oznaczyłem pozostałe punkty kontrolne.



Początek trasy

Na rozgrzewkę postanowiliśmy zdobyć trzy punkty na północ od Młynków po zachodniej stronie szosy z Wejherowa. Na tym etapie moja znajomość terenu (a zwłaszcza części dróg) była równie przydatna, jak mapa, zwłaszcza że pierwszy zdobywany przez nas punkt 3D znajdował się kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie w czerwcu UKS Siódemka umieścił jeden ze swoich lampionów podczas treningu Las-Kompas. Był on opatrzony komentarzem Kto nie lubi krzaków?, który zapowiadał zarówno chaszcze utrudniające dojście zarówno do tego lampionu, jak i do kilku innych.
Znalezienie punktu 6D było nieco trudniejsze - prowadzące do niej droga i przecinka słabo widoczne!!! były. Ostatecznie udało się to jednak od zachodu po przejściu grzbietem morenowego wzgórza.
Na 4B udaliśmy się najpierw tym samym grzbietem, potem biegnącą na północ od niego drogą, a w końcu przez las na przełaj. Punkt ten znajdował się na szczycie kolejnego wzgórza. Budowniczy tras, Karol Wroński, opatrzył go komentarzem Piękny widok, z którym trudno się nie zgodzić, zwłaszcza że o widoku tym pisałem już tutaj.


Król Krzaczorów

Tu chwilę musieliśmy się zastanowić nad wyborem drogi na drugą stronę szosy. Wybór, jakiego dokonaliśmy, nie był może najszybszy, ale za to najpewniejszy nawigacyjnie, choć i tak chwilę trwało zanim znaleźliśmy właściwy "nosek" z lampionem punktu 3E. Tu musieliśmy podjąć pierwszą decyzję o rezygnacji z niezbyt wartościowego punktu, mając dopiero cztery punkty w czasie godziny i dwudziestu minut.
Zamiast tego skierowaliśmy się na jedyny na naszej trasie warty dziewięć punktów wagowych PK oznaczony 9A. Nawigacyjnie nie był to trudny punkt. Jednak zarówno opis Król Krzaczorów, jak i widoczne już z daleka gęste bukowe chaszcze zapowiadały ciężkie przedzieranie się. Lampion znajdował się na szczycie wzgórza, a wspinaczka oprócz krzaków liściastych ujawniła również nie mniej gęste młode iglaki. Mikołaj stwierdził tu, że już rozumie, skąd nazwa imprezy. Tym bardziej satysfakcjonujące było spisanie kodu z tego lampionu.

Nadmierna pewność siebie

Kolejny punkt - 5G - przez moją nadmierną pewność siebie okazał się najbardziej kosztowny czasowo. Opuszczając Króla Krzaczorów szliśmy najpierw zarośniętym grzbietem do drogi, a potem tą drogą w dół na północ, niestety bez kontroli dystansu. W efekcie zbyt szybko skręciliśmy w prawo w odnogę podobną do właściwej, z podobnym układem terenu. Dopiero po dłuższym sprawdzaniu kolejnego morenowego grzbietu uznaliśmy, że trzeba się cofnąć i sprawdzić kolejne skrzyżowanie, które na szczęście okazało się właściwe. W międzyczasie straciliśmy ponad dwadzieścia minut na niepotrzebne kółko, co kosztowało nas możliwość zdobycia kolejnego lampionu wartego trzy punkty, z którego zrezygnowaliśmy teraz, a także cenniejszego sześciopunktowego, który musieliśmy odpuścić sobie pod koniec trasy...

Przyspieszenie

Całe to błądzenie sprawiło, że zrobiłem się głodny, więc po ostatecznym znalezieniu 5G wyciągnąłem prowiant i oddałem prowadzenie Mikołajowi. Bardziej się namyślał przy wyborze trasy, ale i tak szło nam teraz sprawniej. Końcowe podejście na azymut ze skrzyżowania do kotlinki z punktem 5H też nie sprawiło problemów. 6A na wzgórzu nieco na północny wschód też znaleźliśmy sprawnie, chociaż wspinaczka na szczyt trochę nas zmęczyła. Jedno szczęście, że kolano poza pierwszą górką na 3D właściwie nie dawało o sobie znać.
Na najdalej na wschód wysunięty na naszej trasie punkt 5F poprowadziłem morenowym grzbietem trochę na czuja, by nie tracić czasu na schodzenie do drogi i potem następną wspinaczkę. Kojarzyłem tu skrzyżowanie z turystycznym czarnym szlakiem Zagórskiej Strugi, które było dobrą pozycją wyjściową do ataku na ten lampion.
Czarnym szlakiem szliśmy zresztą potem jeszcze ponad kilometr na południe, do polany, z której mogliśmy ujrzeć odległe zabudowania Rumi i Gdyni, i do granicy kultur, gdzie w dolince znaleźliśmy na pniaku punkt 3H. Po drodze z powrotem na Młynki (czas nam się powoli kończył) zebraliśmy jeszcze punkt 6E z ambony na wschodnich obrzeżach Gniewowa.

Meta

Ostatnie dwa kilometry od ambony szliśmy już szybkim marszem przez Gniewowa, a ostatnie dwieście metrów nawet truchtem, dzięki czemu zdążyliśmy oddać kartę startową minutę przed końcem czasu i nieco więcej przed deszczem. Potem mogliśmy już odetchnąć przy ognisku w oczekiwaniu na wyniki. A wyniki ku naszemu zaskoczeniu okazały się dla nas korzystne - z 55 punktami wagowymi zajęliśmy trzecie miejsce, wyprzedzeni tylko przez InOwych wyjadaczy.
Gdyby nie wspomniane błądzenie w połowie trasy, mogłoby to być nawet drugie miejsce. Poza tym można by jeszcze poprawić tempo, ale jak na start z nastawieniem treningowym i tak był to satysfakcjonujący wynik.

O pozostałych trasach

Zbierając następnego dnia lampiony miałem też okazję przyjrzeć się większej mapie wspólnej dla dwóch dłuższych tras, jak i odwiedzić lokalizacje części punktów. Mogę więc stwierdzić, że pokazywały one pełne spektrum możliwości ustawiania lampionów. Były punkty na szczytach wzniesień (chyba najwięcej), były punkty mniej lub bardziej zarośnięte (jak Król Krzaczorów, na większej mapie opisany Dla tych, którzy nie wiedzą co znaczy słowo "Krzaczor".), były też i lampiony zawieszone w kotlinkach i wąwozach, nad strumieniami i na bagienkach, w lesie, na polu i pod miastem - krótko mówiąc, co kto lubi.
Ciekaw jestem, ile drużyn odwiedziło najdalej umieszczone punkty, ulokowane w narożnikach mapy, warte dziewięć punktów. Jeden był w Wejherowie koło bazy harcerskiej, drugi na Mościch Błotach za Redą na słupie energetycznym, trzeci za Sopieszynem, a czwarty za rumską Szmeltą, prawie koło Łężyc. Rozrzut był więc spory, ale tym ciekawsza była rywalizacja.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz